Talia/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Buława
Tytuł Talia
Podtytuł IV. [Zakończenie]
Pochodzenie Szkice helweckie i Talia
Data wydania 1868
Wydawnictwo Księgarnia Pawła Rhode
Drukarz A. Th. Engelhardt
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Talia
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IV. [Zakończenie]

Oj to, to, to, to, to,
Co mnie niespokojną czyni!...

Piosenka.

Potok jej myśli jest tak czysty,
że każda jego fala jest cnotą. –
Żadnej istocie ludzkiej dobroć nie
była tak przyrodzoną i łatwą….
Występek zdaje się z jej naturą
Być w takiej sporności, że grzech
wydał mi się w niej niepodobieństwem. . . .

Bulwer, Pelham.

No, moja Klotyldo! … czy pokuta godna odpuszczenia?! – spytał Henryk z uśmiechem – i które z dwóch, czy próbę dialogu, czy trzy monografie wybierzesz sobie?...

Oboje! – zawołała już w jego objęciu… i szeptała ze wzruszeniem, całując jego usta i oczy:

Widzisz – udawałam gniew tylko, po zdarciu maski zaraz się ukoiłam, ale nieraz myślałam sobie: że jestem powodem, że zaniedbujesz twoje prace, wydawało mi się!... przebacz…, że mnie włóczysz jak kulę do nogi przykutą, żebyś był swobodniejszy, tak dawno nie tknąłeś żadnego rękopisu… A tak chciałam znowu coś wymóc, chwyciwszy tan pozór… Teraz ty mnie ukarz… On zamknął jej usta powodzią pocałunków, – ale, rzekła po chwili – i ja przez tan czas nie próżnowałam – oto dokończyłam portrecik Ernestynki i Pawła, w kształtach aniołków dwóch z pod stóp Sykstyny…. Tu uchyliła lekką zasłonę: w błękitnej niszy, na którą pół światła rzucała wisząca lampa alabastrowa, stała kołyska z dwojgiem śpiących bliźniąt corregiowskiego wdzięku, a nad nią zawisł obrazek dwóch aniołków, z pod stóp Sykstyny. – Cicho!... szepnął Henryk, oparty na ramieniu Klotyldy. . . . Tym snem niech śpią jak najdłużej. – I stali tak długą, niemą chwilę dłoń w dłoni. Morituri te salutant patria! Pomyślał ojciec, choć matce tego nie objawił – – – – To za próbę dialogu, rzekła wreszcie, opuszczając zasłonę – a za monografię czem tobie odpłacę? Henryku mój!...

Za monografię łzy, bym łzy w niebieskim oku twojem nigdy nie widział, chyba radości i współczucia – za monografię uśmiechu, wieczny uśmiech taki!... a za monografię pocałunku, którą z wielką niecierpliwością bazgrałem, taki – pocałunek nieskończony. . . .

– Pojmujesz zresztą moja jedyna, że obrazek ten jest tylko intermezzo myśli mojej, a że u mnie tak często muzyka brata się z poezyą, i prawie mi są nierozdzielne, więc pomyśl sobie tę całość, jako sonatę w słowie, część pierwsza, monografia łzy, to niby largo affettuoso, smutne, jak piosenka grabarza, co ideę swoją nieraz zakopuje miasto tej dziewicy i siebie z nią – druga część monografia to allegro semplice! Prosta – jak śpiew rolnika miotającego ziarno, a wróżąca żniwo plenne – trzecia, pocałunku, to presto appasionato i nieco buffo, wesoła jak pieśń drużby, co wraca z wesela, jak gra fal strumyka, co o tamy jeszcze nie trącił, szum harmonii, dziecka dysonansu, i matki jego razem – tak pojmowałem te trzy obrazy i dla tego ci je określam. – –

Po chwili milczenia dodał smutniej, – wkrótce wezmę się do dramatu, dlatego próba dialogu posłużyła mi za małe studium … ależ dramat… tak mi dziwno i smętno, gdy chwilowo dawszy rękę Talii, myślę tknąć szaty Melpomeny! Moja Klotyldo! Czy myślisz – a raczej czy czujesz, że przyszłość moja ma przyszłość?...

– Ona lekko trąciła okno, przy którym stali, i milcząc wskazała niebo gwiaździste… A jasnowłose czoło oparła na jego piersi młodzieńczej. . . .

KONIEC TALII.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.