Tajemniczy ogród/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.

O ZACHODZIE SŁOŃCA.

Gdy głowa starego zniknęła za murem, Colin zwrócił się do Mary:
— Idź na jego spotkanie — powiedział; a Mary pośpieszyła poprzez trawnik do ukrytych drzwi.
Dick przyglądał się bacznie chłopcu. Miał wypieki na twarzy, wyglądał zdumiony, lecz nie znać po nim było osłabienia.
— Mogę stać — wyrzekł z głową podniesioną i rodzajem dumy w głosie.
— Przecież paniczowi mówiłem, że będzie mógł stać i chodzić, jak się przestanie bać — odrzekł Dick. — No i przestał się przecież bać.
— Tak jest — przestałem — przyznał Colin.
Nagle przypomniał sobie coś, o czem nieraz wspominała Mary.
— Czy ty czarujesz? — spytał ostro.
Usta Dicka rozszerzyły się w uśmiechu.
— Panicz sam czaruje — odparł. — To takie same czary, jak te, które każą tym oto pod ziemią pracować — i wskazał butem na klomb krokusów.
Colin spojrzał na nie.
— O, tak — wolno wyrzekł. — Tak! Niema chyba większych czarów na świecie.
Wyprostował się mocniej jeszcze.
— Poczekaj, pójdę do tego drzewa — rzekł, wskazując na oddaloną o kilka kroków lipę. — Chcę stać, gdy tu Ben Weatherstaff wejdzie. Mogę się w razie potrzeby oprzeć o drzewo. Jak będę chciał usiąść, to usiądę, ale mi wprzódy przynieś pled z fotelu.
Poszedł do drzewa i dziwnie pewno kroczył, jakkolwiek Dick podtrzymywał jego ramię. Gdy stanął pod lipą, nie było wcale widoczne, że oparty był o jej pień, a trzymał się tak prosto, że wydawał się nad wiek swój wysoki.
Skoro Ben Weatherstaff drzwi ogrodu przekroczył, ujrzał go stojącego i usłyszał, jak Mary mruczała coś pod nosem.
— Co panienka mówi? — spytał trochę szorstko, nie chciał bowiem, by cośkolwiek bądź odwracało uwagę jego od wysokiej, smukłej postaci chłopca o dumnej twarzyczce.
Lecz dziewczynka nie odpowiedziała. A mówiła do siebie tak:
— Możesz stać! Możesz stać! Mówiłam ci, że możesz stać! I możesz stać! Możesz! Możesz!
Mówiła to niby do Colina, chciała bowiem i ona czynić z nim czary i utrzymać go na nogach tak doskonale wyglądającego. Nie mogła poprostu znieść tej myśli, by mógł zasłabnąć w oczach Bena. Lecz nie zasłabł. Naraz pomyślała, że chłopczyk, mimo swego wycieńczenia, wygląda pięknie. On zaś wzrok skierował na Bena Weatherstaffa po swojemu, zabawnie rozkazująco.
— Spojrzyjcie na mnie! — rozkazał. — Przyjrzyjcie mi się dobrze! Czy jestem garbaty? Czy nogi mam bezwładne?
Ben Weatherstaff nie opanował jeszcze wzruszenia, lecz uspokoił się tyle, że odpowiedział:
— Mowy niema o garbie! Ani garbu, ani nic podobnego! Co panicz z sobą robił, że krył się przed oczami ludzkiemi i pozwalał na to, by gadano, że panicz kaleka i niespełna rozumu?
— Niespełna rozumu! — zawołał Colin rozgniewany. — Któż myśli to?
— Cała moc półgłówków — odrzekł Ben. — Świat jest pełen osłów, które łżą, jak potrafią. Ale czemu się to u licha panicz tak zamykał?
— Bo wszyscy przypuszczali, że umrę — krótko rzucił Colin. — Ale ja nie umrę!
Powiedział zaś to tak stanowczo, że Ben Weatherstaff począł przyglądać mu się od stóp do głów, od głowy do stóp.
— Panicz miałby umierać! — zawołał wesoło. — Głupstwo nad głupstwami! Za wiele nato w paniczu energji i życia. Jakem zobaczył, jak panicz śpiesznie nogi z wózka wyciągał, tom sobie zaraz powiedział, że wszystko, co mówili, było głupim wymysłem. A teraz niech sobie panicz usiądzie na desce, odpocznie trochę i wyda mi swoje rozkazy.
W jego całym sposobie bycia uczuwać się dawało coś, jakby szorstka trochę czułość i rozczulające zrozumienie stanu chłopca. Mary opowiedziała mu, ile tylko zdążyła, w drodze swej z wielkiej alei. Najważniejszą rzeczą, jaką powiedziała, i o której miał zapamiętać, było to, że Colin jest zupełnie zdrów — zupełnie zdrów. Ogród to zdziałał. Nie wolno przy nim mówić o garbach i śmierci.
Radża przystał na zajęcie miejsca na rozłożonym pod drzewem pledzie.
— Jaką robotę wykonywacie w ogrodzie? — dopytywał.
— Wszystko robię, co mi każą — odparł Ben Weatherstaff. — Jestem na łaskawym chlebie, bo Ona mnie lubiła.
— Jaka «Ona»? — spytał Colin.
— Matka panicza — odparł Ben.
— Moja mamusia? — rzekł Colin, rozglądając się wokoło siebie w skupieniu. — To był jej ogród — wszak prawda?
— Jej ogród, jej! — i Ben Weatherstaff też się rozglądać począł. — Bardzo go kochała.
— Teraz ten ogród jest mój. Ja go też kocham. Codzień tu przychodzić będę — oświadczył Colin. — Ale to ma pozostać tajemnicą. Rozkazuję, by nikt nie wiedział, że tutaj przychodzimy. Dick i moja kuzynka pracowali tu i ożywili go. Czasami poślę po was, byście nam pomogli — ale musicie koniecznie przyjść tak, by was nikt nie widział.
Twarz Bena Weatherstaffa wykrzywiła się zabawnym uśmiechem.
— Przychodziłem tu przedtem, i też mnie nikt nie widział — powiedział.
— Co takiego? — wykrzyknął Colin. — Kiedyż to było?
— Ostatni raz — mówił, trąc brodę i rozglądając się — byłem tu dwa lata temu.
— Ależ od dziesięciu lat nikt tu nie wchodził! — wołał Colin. — Przecież nie było drzwi!
— Nie jestem byle kto — sucho mówił Ben. — I wcale przez drzwi nie wchodziłem. Przechodziłem przez mur. Ostatnie dwa lata reumatyzm mi wleźć nie dał.
— Aha! Wchodziliście i przycinaliście gałązki! — wołał Dick. — Nie mogłem zgadnąć, jak i kto to mógł zrobić.
— Pani tak go lubiła, tak lubiła! — wolno mówił Ben Weatherstaff. — A taka była młoda, taka śliczna! Raz do mnie mówi tak: — Benie — mówi i śmieje się — jeślibym zachorowała, albo umarła, to musisz mieć pieczę o moich różach. — Lecz gdy odeszła, był rozkaz, żeby tu nikt nie wchodził. Alem przychodził i przychodzę — dodał z uporem — przechodziłem przez mur, dopóki mnie reumatyzm nie wstrzymał, i co rok trochę co najpilniejsze roboty porobiłem. Jej rozkaz dawniej mi był wydany.
— I róże byłyby pomarniały, żebyście tu nie byli pracowali — rzekł Dick. — Pewny tego jestem.
— Cieszę się, żeście to robili, Weatherstaff — odezwał się Colin. — Potraficie naszą tajemnicę zachować?
— Oj, pewno, że potrafię, sir — odparł Ben. — A dla starego dziada z reumatyzmami to zawszeć łatwiej będzie wejść przez drzwi.
Mary podniosła z trawy leżącą tam swą łopatkę. Colin rękę po nią wyciągnął. Twarzyczka jego nabrała dziwnego wyrazu — począł poruszać ziemię. Cienkie jego ręce nie miały siły, lecz w tej chwili, gdy na niego patrzyli — Mary z ogromnem przejęciem i wzruszeniem — utkwił koniec łopaty w ziemi i kilka razy ją odwrócił.
— Możesz kopać! Możesz kopać! — mówiła Mary do siebie. — Mówię ci, że możesz kopać!
Okrągłe oczy Dicka pełne były zaciekawienia, lecz nic nie mówił. Ben Weatherstaff przyglądał się z zajęciem.
Colin kopał wytrwale. Po skopaniu kawałka ziemi odezwał się wesoło do Dicka najlepszym swym jorkszyrskim akcentem:
— Powiedziałeś też, żebyś chciał, bym tu chodził, jak wszyscy ludzie — i żebyś chciał, bym kopał. Myślałem, że tak mówisz, by mi przyjemność zrobić. Tymczasem to pierwszy dzień dopiero, a już chodziłem i oto teraz kopię!
Ben Weatherstaff znów usta otworzył, lecz wreszcie uśmiechnął się.
— Olaboga! — zawołał. — Sprytu ma panicz dosyć, jak widzę. Pewno, że panicz to prawdziwie nasz, tak mówi ładnie. A i kopie panicz niezgorzej. Chciałby panicz co zasadzać? Mogę przynieść różę w doniczce.
— Dobrze, przynieście! — radośnie zawołał Colin, kopiąc zawzięcie. — Tylko prędko!
I doprawdy prędko wszystko poszło. Ben Weatherstaff pobiegł, zapominając o reumatyzmie. Dick wziął swoją łopatkę i pogłębił, i rozszerzył otwór, czego zrobić nie mógł nieuczony ogrodniczek o białych, cienkich, delikatnych rączkach. Mary co tchu pobiegła po konewkę z wodą. Colin przerzucał i poruszał świeżo wykopaną ziemię. Patrzał w niebo, zaczerwieniony od nowej, nieznanej sobie, choć łatwej roboty.
— Chciałbym zasadzić, zanim słońce całkiem zajdzie — powiedział.
Mary pomyślała, że pewno słońce umyślnie zajdzie parę minut później. Ben Weatherstaff przyniósł z oranżerji różę w doniczce. Przykusztykał przez trawnik, jak umiał najprędzej. I jego poczęło to wszystko podniecać. Przyklęknął przy wykopanym otworze i wyjął różę z doniczki.
— Proszę panicza — rzekł, wręczając ją Colinowi. — Sam niech ją paniczyk w ziemię wsadzi, tak samo, jak czyni król, gdy w nieznane sobie miejsce pierwszy raz przybywa.
Drobne, białe rączki drżały trochę, a rumieniec silniejszy okrył twarzyczkę Colina, gdy różę trzymał w dołku, podczas gdy stary Ben ziemią ją obsypywał i utwierdzał. Dołek był wreszcie wypełniony, ziemia ubita. Mary patrzała oparta na kolanach i dłoniach. Sadza zleciała z drzewa, łaziła przy nich i patrzała, co robią. Orzeszek i Łupinka opowiadały sobie uwagi, przyglądając się z drzewa wiśniowego.
— Już zasadzona! — rzekł wreszcie Colin. — A słońce dopiero za mur się chowa. Dicku, pomóż mi wstać. Chcę stać, gdy będzie całkiem zachodzić. To też część czarów.
Dick mu pomógł, a czary — czy cokolwiek innego — taką mu dały moc, że, gdy się słońce chowało za horyzont, i gdy się z niem kończył ów dziwnie cudny dla nich dzień, Colin stał prosto, szczęśliwy, roześmiany!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.