Tętniące serce/Część II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Tętniące serce
Podtytuł Powieść
Rozdział W przystani
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Kejsarn av Portugallien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
W PRZYSTANI.

Statek parowy „Anders Aksel“ odbił dawno od przylądka w Borgu, unosząc na pokładzie Klarę Gullę, a Jan i Katarzyna stali ciągle jeszcze na pomoście i patrzyli za nim, chociaż znikł im z przed oczu i nie było już zeń śladu. Wszyscy, którzy mieli cokolwiek do czynienia w przystani, poszli sobie do innych zajęć. Dozorca zdjął flagę i zamknął magazyn, ale para wyrobników nie ruszała się z miejsca, stali oboje, nie mogąc się zdobyć na powrót do domu.
Dopóki mogli śledzić spojrzeniem statek, rzecz była zupełnie naturalna, czemu jednak stali tutaj gdy znikł, nie wiedziało zapewne żadne z nich.
Być może nie wracali dlatego, że bali się iść tak osamotnieni długą drogą, a potem znaleźć dom pusty i smutny.
— Teraz już tylko dla niego samego przyjdzie mi gotować i na niego już tylko wyczekiwać będę! — myślała Katarzyna — A czemże mi on jest właściwie? Mógł sobie z nią jechać! Dziewczyna jedna tylko rozumiała tę głupią gadaninę, ja nigdy nie wiem o co mu idzie! Lepiejby mi było zostać samą!
— Wolałbym sam się pasować ze smutkiem moim! — myślał Jan — Cóż mi z tej głupiej, swarliwej Katarzyny? Będzie dreptała po izbie i gadała trzy po trzy! Dziewczyna umiała z nią tak postępować, że była wesoła i łagodna, teraz wyjdzie na wierzch jej natura właściwa i nie usłyszę już nigdy dobrego słowa!
Nagle drgnął Jan i cofnął się wstecz. Potem pochylił się i zdjęty podziwem padł na kolana. Oczy jego rozbłysły, a twarz oblał uśmiech szczęścia.
Wpatrywał się w wodę i Katarzyna pewną była, że widzi tam coś niezwykłego, mimo, że niczego dostrzec nie mogła, chociaż stała przy nim blisko. Nie... nie... nie było nic niezwykłego na wodzie. Goniły się tylko po powierzchni szaro-zielone fale, igrały ze sobą bez końca... bez końca. Zresztą nic.
Jan posunął się na sam koniec pomostu i pochylił się nad wodą z wyrazem twarzy, jaki miał wówczas jeno, kiedy widział idącą na jego spotkanie Klarę Gullę, a jakiego nie przybierał nigdy rozmawiając z kim innym.
Usta były otwarte, drżały wargi, ale ani jedno słowo nie doleciało do uszu Katarzyny. Po licach jego śmigały jasne uśmiechy, zupełnie jakby dziewczyna stała przed nim i żartowała z nim wesoło.
— Cóż ci to Janie? — spytała Katarzyna.
Nie odpowiedział, uczynił tylko ręką gest, jakby nakazywał milczenie.
Zaraz potem uniósł głowę w górę i wpatrzył się w dal, śledząc najwyraźniej oczyma coś, co się oddalało od brzegu, ginąc na falach.
Odpływało szybko, niby statek przed chwilą, a niebawem Jan stanął wyprostowany i przysłonił oczy dłonią, by lepiej widzieć.
Tak trwał w bezruchu, aż wszystko znikło. Potem zwrócił się do Katarzyny, przysunął się nawet całkiem blisko do niej.
— Czyś co widziała? — spytał.
— Cóż mogłam widzieć na wodzie prócz fal?... Wszakże niczego więcej niema! — odparła.
— Dziewczyna wróciła łódką! — powiedział tak cicho, że ledwo dosłyszeć mogła ten szept — Pożyczyła jej sobie od kapitana. Widziałem najdokładniej nazwę na dziobie, była ta sama, jaką nosi statek. Odjeżdżając, powiedziała, że czegoś zapomniała, że musi koniecznie z nami o czemś jeszcze pomówić.
— Boże miłosierny! — zawołała Katarzyna — Pleciesz od rzeczy! Gdyby dziewczyna wróciła, musiałabym ją przecież i ja również zobaczyć!
— Cicho bądź! Inaczej nie powiem ci czego od nas chciała! — wyszeptał uroczyście i tajemniczo — Otóż mówiła, że serce ją boli na myśl, co teraz z nami i będzie. Dotąd kroczyła pośrodku nas, trzymając jedną ręką mnie, drugą ciebie i wszystko było dobrze. Ale gdy jej zbraknie i nie będzie nas trzymała razem, to kto wie, co się stać może. Możliwe, powiedziała, że matka i ojciec rozejdą się każde w swoją stronę.
— Że też dziewczyna i o tem nawet nie zapomniała? — wykrzyknęła Katarzyna.
Wstrząsnęły ją do głębi usłyszane słowa, gdyż wyrażały własne jej myśli, jakie przed chwilą snuła. To też zupełnie zapomniała o niemożliwości powrotu córki do przystani w łodzi i niedorzeczności przypuszczenia, by mogła rozmawiać z mężem, niewidzialna także dla niej.
— Wróciłam, — opowiadał dalej Jan — wróciłam jak mogłam najszybciej, by połączyć wasze ręce. Nie wolno wam ich puszczać, musicie to uczynić dla mnie, trzymajcie się tedy tak długo, aż wrócę i będę mogła znowu stanąć pośrodku, by was połączyć, jak przedtem. Powiedziała to i zaraz odpłynęła!
Przez chwilę trwało milczenie, potem ozwał się znowu Jan niepewnym, trwożliwym głosem, wyciągając do żony rękę, dziwnie miękką i delikatną, mimo ciężkiej roboty od wielu, wielu lat.
— Oto moja dłoń! Czynię to na życzenie Klary Gulli.
— Masz moją! — odparła Katarzyna — Nie pojmuję wprawdzie, jak się to wszystko mogło stać o czem mówisz, nie wiem, jak mogłeś ją widzieć, ale ponieważ życzycie sobie oboje byśmy się trzymali razem, tedy zgadzam się!
Udali się z powrotem do domu, idąc ręka w rękę przez całą, długą drogę do Skrołyki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.