Sztuka czytania/Urzędy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Bereza
Tytuł Sztuka czytania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1966
Druk Państw. Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

URZĘDY

Tadeusz Breza otrzymał dwie nagrody literackie za rok 1960. Zbiór esejów na tematy watykańskie pod tytułem „Spiżowa brama“ (1960) nagrodził tygodnik Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli „Argumenty“, powieść „Urząd“ (1960) została wyróżniona nagrodą tygodnika „Przegląd Kulturalny“. Olbrzymia poczytność esejów „Spiżowej bramy“ i głosy krytyki zdają się wskazywać na to, że „Spiżowa brama“ zdobyła sobie więcej zwolenników niż powieść „Urząd“. To chyba dosyć rzadki wypadek, że intelektualna eseistyka zdystansowała w popularności utwór beletrystyczny tego samego autora. I w dodatku przypuszczenie, że „Urząd“ jest powieścią nieudaną i mało atrakcyjną, byłoby najzupełniej fałszywe. Uważam, że „Spiżowa brama“ i „Urząd“ przy wszystkich odrębnościach rodzajowych są dziełami podobnej, bardzo wysokiej klasy. W obydwu dziełach chodzi o popis prawdziwą wirtuozerią intelektualną. Sukces „Spiżowej bramy“ tłumaczy się — moim zdaniem — nie tyle podziwem dla subtelności intelektualnej esejów Brezy, co zainteresowaniem dla bogactwa materiału czysto reportażowo-informacyjnego. W „Urzędzie“ materia opisowo-informacyjna jest o wiele uboższa, ale nie o nią też chodzi w tej powieści, w której bohaterem i narratorem jest młody uczony polski, usiłujący załatwić w Watykanie sprawę swego ojca, adwokata konsystorskiego w jednej z polskich diecezji.
Przygoda młodego Polaka w urzędach watykańskich jest w pewnym sensie tej samej natury co przygoda w Paryżu Amerykanina Strethera z „Ambasadorów“ Henry Jamesa. Polak przybywa do Watykanu z określoną misją ojcowską. Ojciec na skutek niechęci swojego biskupa nie może sprawować swoich funkcji adwokata konsystorskiego. Misja jest jasna, wszystkie zwyczajnie ludzkie racje są po stronie ojca. Na miejscu w Watykanie wszystko zaczyna się jednak niesłychanie komplikować. Kategorie sprawiedliwości i prawa, którymi posługuje się Polak, okazują się zbyt proste i właściwie do niczego nie przydatne w świecie, w którym wszystkie proste racje rozkładają się na tysiące różnorodnych elementów, znaczeń i wymiarów. „Kuria jest labiryntem. Mechanizmem z setką, z tysiącem niewiadomych“. Młody Polak kieruje się dobrą wolą załatwienia sprawy ojca, i podporządkowuje się urzędowemu trybowi postępowania. Styka się z wieloma osobistościami (przyjaciel ojca adwokat Campilli, ksiądz z Uniwersytetu Gregoriańskiego de Vos, dziekan Trybunału Roty monsignor Rigaud), wtajemniczonymi w funkcjonowanie watykańskich mechanizmów. I oni wszakże nie mają decydującego wpływu na bieg rzeczy. Są zależni od owego „tysiąca niewiadomych“. Akcje sprawy raz idą w górę, raz w dół. Wydawało się, że wiadomość o śmierci biskupa rozstrzygnie sprawę na korzyść ojca bohatera. Okazało się jednak, że jest wręcz przeciwnie. Sprawa staje się beznadziejna, ponieważ zmarły biskup został upatrzony na postać-symbol, „symbol walki i męczeństwa, poniesionego w zmaganiach z tym, co jest dzisiaj naczelnym błędem epoki i obecnie na ziemi czołowym wrogiem Boga“. Polak poznaje teraz smak klęski. Wszyscy ci, którzy chcieli mu dotychczas pomagać, odżegnują się od wszystkiego.
W tej rozpaczliwej sytuacji bohater decyduje się na ostatni krok, ubiega się o audiencję u kardynała. Audiencja polegała na tym, że żadne słowo nie dotarło do kardynała. Nie była jednak bezużyteczna. W trakcie audiencji kardynał wyraził opinię, że postacią-symbolem powinien być ktoś młody. Ta opinia zadecydowała. Wzrosły szanse innego kandydata na świętego: brata żony Campilliego, młodzieniaszka, który zginął męczeńską śmiercią w roku 1917 na Ukrainie. Sprawa Polaka potoczyła się w lepszym kierunku. Nie tak jednak dobrym, jak na to liczył. W dokumencie, zatwierdzającym ojca w funkcjach adwokata konsystorskiego, zamieniono miejsca zamieszkania dioecesis toruniensis na dioecesis tarnoviensis. Ojciec bohatera musiałby się więc przenieść z Torunia do Tarnowa, czego w swoim wieku nigdy nie zrobi. W ostatecznym efekcie misja spaliła na panewce.
Napisałem już, że przygoda Polaka w Watykanie przypomina przygodę Strethera w Paryżu. Oczywiście tylko pod pewnymi względami. Tymi mianowicie, że Polak tak jak Amerykanin utknął w świecie o bardzo skomplikowanej kulturze. Inny jest jednak stosunek Polaka do tego świata. Polak nie jest tą kulturą aktywnie zafascynowany, poddaje się jej biernie i nie bez uczucia wewnętrznego sprzeciwu. świat watykański przytłacza go i jego sytuacja dałaby się także porównać do sytuacji bohaterów Franza Kafki. Ta analogia jest zresztą przez autora świadomie zamierzona. To nieprawda, że powieść „Urząd“ jest marginesowa w stosunku do „Spiżowej bramy“. Jej walory znaczeniowe są bardziej ogólne i bardziej uniwersalne. Na wzór Kafki właśnie. Realne doświadczenia watykańskie bohatera (cała historia jest zresztą oparta na autentycznym wydarzeniu) przeradzają się niejeden raz w jego stanach wewnętrznych w wizje kafkowskie. Oto jedna z nich:
„W głowie kołowrót nie ustaje. Zaczynają mi się w niej kłębić przyczyny, dla których powzięto taką, a nie inną decyzję. Mnożą się. Pchają się na siebie. Jedne mistyczne, inne mocno trzymające się ziemi. Jedne zatrącające o wielkie problemy, inne małostkowe. Nie brak wśród nich i takich, które czepiają się mojej osoby, że zadawałem się z odsuniętym Malińskim czy niepewnym Piolantim. Upał powiększa jeszcze zamieszanie w mojej głowie. Usiłuję oprzytomnieć. Jakieś tamy położyć własnym domysłom i podejrzliwości. Odrzucić nieprawdopodobieństwa i błahostki. W końcu kręcą mi się i obracają w kółko po głowie rozpięte na skrzydłach gigantycznego pulpitu, które w pewnym momencie zaczynają się rozwijać w różnokolorowe łódki karuzeli, wszystkie względy i przesłanki, jakie mogły być wzięte pod rozwagę. Personifikują je osoby, żywe i umarłe, już ważne czy mające właśnie nabrać ważności. Wśród nich tylko jednej nie ma. Na żadnym skrzydle nie widzę ani w żadnej łódce — mojego ojca. A to stąd, że wzgląd na jego osobę w jego własnej sprawie nie odegrał w tym urzędzie żadnej roli“.
Łatwo zauważyć, że Breza w tym opisie subtelnie i cienko ironizuje. Ironia, czasami szyderstwo, to stały składnik pisarskiego widzenia świata i człowieka u Brezy. Wewnętrzny śmiech jest siłą tak wszechwładną w tym pisarzu, że robi on wszystko, żeby ten śmiech zamaskować i ukryć. Breza jest ciekaw świata i ludzi, Breza kocha świat i ludzi tylko dlatego, że świat i ludzie są pokarmem dla jego wewnętrznej potrzeby śmiechu z człowieka, ze świata i z życia. Jest humorystą w takim samym stopniu w „Spiżowej bramie“ jak w „Urzędzie“. Nie jestem pewien, czy wszyscy zwolennicy pisarstwa Brezy zdają sobie sprawę z potęgi intelektualnego śmiechu, władającego absolutnie piórem tego pisarza. Trzeba to widzieć także w „Urzędzie“, bo tylko wtedy można tę powieść właściwie ocenić.

*


Olbrzymi sukces „Spiżowej bramy“ i „Urzędu“ przesłania — zdaje się — ważne wydarzenie literackie, jakim jest wznowienie (1961) głównego literackiego dzieła Brezy — dylogii „Mury Jerycha“ (1946) i „Niebo i ziemia“ (1949-1950). Gdyby tak było rzeczywiście, należałoby wtedy przypuszczać, że Breza ze swoim głównym dziełem ma prawdziwego pecha. Nagroda literacka „Odrodzenia“ za „Mury Jerycha“ niewiele wpłynęła na zmianę faktu, że powieść ta na skutek najrozmaitszych okoliczności ukazała się jak gdyby nie w porę, a powieść „Niebo i ziemia“ została opublikowana w czasie tak nieprzyjaznym dla tego rodzaju literatury, że towarzyszyło jej głuche milczenie. Kto wie zresztą, czy kłótnia literacka wokół „Murów Jerycha“ nie była bardziej żałosna niż milczenie wokół „Nieba i ziemi“.
W określeniach „nie w porę“ i „czas nieprzyjazny“ nie chodzi mi o żadne aluzje i dwuznaczności polityczne. Chodzi mi w nich wyłącznie o naturalną sytuację literacką. Breza odwoływał się w swoim dziele do poczucia humoru, a wojna przynajmniej w sferze odczuć literackich pozbawiła nas na pewien czas gruntownie jego śladów. Breza reprezentował wysokiej klasy kunszt literacki, a myśmy akurat chcieli literackiego surowca. Któż by się dziś zdrowo nie uśmiał z pseudouczonych i absolutnie prostackich kłótni o tak zwaną mowę pozornie zależną w dylogii Brezy. Mniejsza o krytyków, których przeznaczeniem jest wikłać się we własnych głupstwach. Wyrafinowany nowoczesny poeta pisał o „Murach Jerycha“, że ich styl to siedem grzechów głównych przeciwko prostocie i tradycjom polskiej prozy artystycznej. Dziś, kiedy trzeciorzędna literatura rozrywkowa stosuje najbardziej wymyślne struktury narracyjne, może się zdarzyć, że respekt Brezy dla punktów widzenia postaci powieściowych (o cóż innego chodzi w tej tak zwanej mowie pozornie zależnej?) będzie uznany za dziewiętnastowieczną starzyznę i jałowy tradycjonalizm. Bo monologi wewnętrzne, strumienie świadomości, monologi gadane i dziesiątek innych modnych i przyswojonych technik narracyjnych! Tak, tak, dzisiaj usprawiedliwiona jest obawa, że to, co przed dziesięciu laty było niezrozumiałe i zbyt trudne, okaże się i za łatwe, i za proste.
W każdym razie chciałbym zaapelować do czytelników, żeby dziś nie przegapili cyklu powieściowego Brezy. „Spiżowa brama“ i „Urząd“ to dzieła znakomite, ale Breza nie dzięki nim dopiero stał się jednym z mistrzów polskiej prozy. Warto pamiętać, że Breza krajowy „urząd“ lat trzydziestych znał o wiele głębiej i gruntowniej niż „urząd“ watykański. Znał go od kulis, od podszewki, od kuchni. Warto przypatrzyć się, jak po mistrzowsku i jak nowocześnie prezentuje Breza ów polski urząd i jego menagerów. Główne założenie myślowe cyklu Brezy, że niczego nie trzeba kompromitować z zewnątrz, bo wszystko kompromituje się samo i w sposób nieuchronny od środka, jakże chlubnie świadczy o świetności pisarskich ambicji pisarza. Żeby kompromitacja była kompletna i doskonała, musi to być autokompromitacja. Kto nie wierzy, niech zobaczy jedyny naprawdę wielki film o wojnie i faszyzmie — „Mein Kampf“. Jakże straszliwa jest pisarska lojalność Brezy wobec stylu życia, myślenia i działania tych, którzy spraw owali duchowy i polityczny urząd w Polsce lat trzydziestych. Miano za złe Brezie, że nie potępiał i nie oskarżał. To się robi wtedy, kiedy się nie ma racji. W przeciwnym razie wystarczy oddać głos przeciwnikowi, niech mówi sam za siebie, niech się prezentuje w dobrej wierze i od jakiej chce strony. Gdybyż o tym pamiętano i w sztuce, i nie tylko w sztuce!

Tadeusz Breza: „Urząd“, Warszawa 1960, Państwowy Instytut Wydawniczy.





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.