Szkoła mężów/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Szkoła mężów (wstęp)
Pochodzenie Dzieła / Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI

Cały tom drugi

Indeks stron



WSTĘP.

Molier nie był człowiekiem, któryby się łatwo poddawał zniechęceniu; jako dyrektor teatru zresztą, nie mógł sobie pozwolić na ten zbytek. Don Garcja zeszedł ze sceny 17 lutego 1661; w cztery miesiące potem Molier daje Szkołę mężów, a w sześć tygodni po niej, Natrętów: dwie trzyaktowe sztuki, obie wierszem!
Przystępując do omawiania tej komedji Moliera, natykamy się na fakt równie doniosły w jego życiu jak twórczości. Mam na myśli małżeństwo Moliera. Ale, zarazem, jest to sprawa ciemna i drażliwa. Stan dusz, pobudki, fakta nawet, świadectwa współczesnych, to las niepewności, sprzeczności, hipotez psychologicznych, zawsze bardzo ślizkich, cóż dopiero na tę odległość, w zupełnie innej epoce, środowisku. Będę zatem rozmyślnie suchy w streszczeniu tych rzeczy, nie chcąc popaść w fantazjowanie quasi-psychologiczne.
W lutym r. 1622 (zatem w ośm miesięcy po Szkole mężów, Molier, mając lat 40, żeni się z 19-letnią Armandą Béjart. Kto była Armanda Béjart? Kwestja zdaje się prosta, a jednak jest zawiła, i spowodowała wylew całego,„morza atramentu“, jak mówi jeden z biografów Moliera. Urzędownie i wedle aktu prawnego, była córką małżonków Béjart, a tem samem młodszą — znacznie młodszą – siostrą owej Magdaleny, dla której Molier porzucił dom rodzinny, i z którą wspólnie piastował „dyrektorstwo“ teatru w czasie wędrówek po prowincji. Ale są poważne poszlaki, że, w istocie, nie była ona siostrą, ale córką Magdaleny, i że akt prawny był aktem uczynności ze strony matki, która wzięła ten owoc córki na swój rachunek: ojcem był przypuszczalnie pewien szlachcic, postać nieco awanturnicza, nazwiskiem książę de Modène.
Wszystko to byłoby nam dość obojętne, gdyby nie miało się odcisnąć boleśnie na życiu Moliera, wytwarzając w nim stan ducha, któremu będziemy zawdzięczali Mizantropa. Było dość powszechnie znanem, iż Moliera łączyły z Magdaleną Béjart bliskie związki, które później przeobraziły się w przyjazń i koleżeństwo; to było dość, aby — wboec mnogości osób, którym Molier się naraził — spowodować komentarze około małżeństwa z domniemaną córką Magdaleny; a od tej obmowy był już tylko krok do innego przypuszczenia, nazbyt już szpetnego i zdolnego pociągnąć dla Moliera najgroźniejsze następstwa. I przed tem nie cofnęli się wrogowie Moliera w swoich paszkwilach.
Co skłoniło Armandę do poślubienia Moliera? Nie wiemy, ale mogło być tysiąc przyczyn. Mogła go poprostu pokochać: talent, sława, mir którego zażywał w swoim teatrze, mogły w jej oczach bardzo łatwo dopełnić niedostatków urody czy młodości tego czterdziestoletniego, pełnego życia mężczyzny. Zresztą, dla tego dziecka kulis, Molier był partją co się zowie! Może chciała być „dyrektorową“, może chciała dobrych ról, może ujęła ją ojcowska dobroć i serdeczność Moliera, u którego igrała dzieckiem na kolanach; może chciała go odebrać komu, np. pannie de Brie, ładnej aktorce z trupy Moliera? Powiedzmy że wszystko potrosze, a będziemy może najbliżsi prawdy. A Molier? miała to być wielka jego miłość, jedyna o której w życiu jego wiemy: dotąd pochłaniała go praca, czynność, ambicja. Miłość ta uczyni życie jego bolesnem.
Na razie, w epoce Szkoły mężów, jesteśmy na kilka miesięcy przed małżeństwem, ale już ku niemu idzie. I — mimo że wciąż trzeba nam być bardzo ostrożnymi — możemy mniemać, iż w sztuce tej wyraża się niejedno z uczuć i niejedna z nadziei Moliera, niejedna może z tych, któremi kołysała Armanda jego serce. Jestto pierwsza sztuka Moliera, w którą wciska się poniekąd pierwiastek osobisty; zarazem, w utworze tym, którego zarys wzięty jest, jak zwykle, z obcych źródeł, ujawnia się już wiele elementów twórczych nowej komedji, komedji Molierowskiej.
Między źródłami tej sztuki wymieniano dwie hiszpańskie komedje Lopego i Mendozy[1], dwie sztuki francuskie, i może jeszcze coś więcej. Napozór — poza starannem wierszowaniem — jesteśmy w świecie farsy, niezbyt odległej od Zazdrości Kocmołucha. Plac publiczny, zazdrośnik oszukany, klasyczny kochanek Walery etc. Ale, przedewszystkiem, trzeba powiedzieć, że intryga jest tu prowadzona nader misternie, a zarówno sposób wywiedzenia w pole, jak i wynikające stąd sytuacje są nietylko dalekie od grubych efektów, ale raczej subtelne i sprytne. Zarazem, intryga ta nie ma w sobie zagmatwań włoskiego imbroglio (jak naprzykład Zwady miłosne); tkwi cała wewnątrz sztuki. Dalej, przyjrzawszy się dobrze, możemy tu już odnaleźć nieco rysów obyczajowych: terenem akcji jest zawsze jeszcze ów „plac publiczny“, to prawda; ale ten plac publiczny zaczyna coraz bardziej znajdować się — we Francji. Sganarel, to współczesny mieszczanin starej daty; w wycieczce swej przeciw galantom, kreśli satyrą stroju modnisiów, takich właśnie jacy tłoczyli się na scenie przysłuchując się tej komedji; mówi o współcześnie wydanym edykcie przeciw zbytkowi, etc. Jestto, zarazem, jeszcze tradycyjny Sganarel, ale już prawie „charakter“: zgryźliwy, podejrzliwy, wszystko budujący na władzy, ciasny, ograniczony, łatwy do wywiedzenia w pole o ile ktoś zagra w jego dudką. Izabela — którą prześlicznie na krakowskiej scenie grała Jadwiga Mrozowska — to skojarzenie dziewiczego uroku z niepokojącą śmiałością i przebiegłością. Jestto więc już farsa bardzo uszlachetniona, podniesiona w skali o parą tonów, a miejscami pogłębiona.
Pogłębiona o cały morał; bo ta sztuka ma swój morał, swoją poważniejszą, dydaktyczną stroną, i w tem także jest nowa. Molier wypowiada ten morał to ustami Lizety, to Arysta, a można wnosić — czujemy to zresztą! — iż wyraża nim swój optymizm w wilją nowego życia, iż daje jego program. Nie trzeba gnębić młodych srogością, która sprawia iż dzieci nienawidzą rodziców; nie trzeba upokarzać kobiety nieufnością i skrępowaniem: trzeba w niej uznać i uszanować człowieka, pozyskać jej serce, ując ją, zdobyć sobie ufnością i przyjaźnią, a musiałaby być bardzo niegodziwa, gdyby się za to źle wypłaciła! Tak mówi stary Aryst, co młodszy odeń, ale zaciekły w swym konserwatyzmie — możnaby powiedzieć sarmatyzmie — Sganarel przyjmuje z urąganiem. I oto stajemy wobec wiekuistego problemu, który sformułował, zdaje mi się, wielki Monteskiusz, w chwili gdy, w młodszych latach, zabawiał się pisaniem Listów perskich: „Co bardziej skłania kobietę do niewierności, swoboda czy skrępowanie?“ Pytanie dotąd nierozwiązane. Bądź co bądź, w dobie ciasnego i tępego autorytetu mężowskiego i ojcowskiego despotyzmu, lekcja ta nie była bez znaczenia, i rozpoczęła te kampanię, którą wyda swej epoce Molier w imię większej ludzkości w stosunkach rodzinnych.
Jedna tylko rzecz jest tu niepokojąca dla moralisty. o ile chodzi o panną i jej opiekuna, wszystko dobrze. Ale, trzymając się dosłownie tytułu sztuki „Szkoła mężów“, można rozumieć tą komedję tak: cała historja z dwoma braćmi, opiekunami dwóch sióstr, jest poprostu sztuczną konstrukcją, stworzoną dla pogodzenia śliskiego tematu z surowym konwenansem sceny francuskiej i osiągnięcia godziwego rozwiązania. W swobodnym teatrze hiszpańskim, w sztuce która posłużyła za wzór Molierowi, chodzi wprost o żony, nie o pupilki. Otóż, przyjąwszy za fakt niemiły charakter Sganarela, czy i wówczas — jako żona — Izabela spotka się z tak sympatycznem rozgrzeszeniem, skoro, poszedłszy za głosem serca, zabłąka się w nocy pod strzechą kochanka? Ale nie czepiajmy się o to Moliera: on daje głos życiu, i życie przemawia jego ustami ze sceny.
Słusznie — jak to podniósł jeden z komentatorów Moliera — możnaby się dziwić jednemu: a to dlaczego Molier daje Arystowi aż 60 lat, czyniąc swą tezą w ten sposób nazbyt już karkołomną, podczas gdy, bez żadnej zmiany w tekście, mógłby on mieć lat np. czterdzieści, co na ówczesne pojęcia było już wcale sporo. Tak jak jest, akcent tej Leonory brzmi nieco fałszywie: przypomina ona ową panną, o której mówi rajfurka Frozyna w Skąpcu, iż przepada za starcami tak dalece, że zerwała małżeństwo, ponieważ narzeczony miał tylko 50 lat i nie nosiły okularów. Jeżeli to przedślubny optymizm (natchniony może układnością Armandy?), poniósł on tu Moliera stanowczo za daleko.



Przypisy

  1. Lope de Vega, El Mayor imposible; Hurtado de Mendoza, El marido hace mujer; Boisrobert, La folle gageure; Dorismond, La femme industrieuse.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.