Szkice węglem (1884)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Szkice węglem
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
VII.

Imogena.

Po południu, koło godziny piątéj, na głównéj drodze między chałupami błyszczała w dali błękitna parasolka; żółty ryżowy kapelusik z błękitnemi wstążkami i migdałowa sukienka garnirowana takoż błękitno: to panna Jadwiga szła na spacer po obiedzie, obok niéj zaś kuzyn pan Wiktor.
Panna Jadwiga była to ładna panna, co się nazywa: włosy miała czarne, oczy niebieskie, płeć jak mléko, a przytém ubranie dziwnie starowne, schludne i wykwintne, że aż promienie biły od niego, dodawało jéj jeszcze uroku. Jéj śliczna dziewicza kibić rysowała się wdzięcznie, jakoby płynąc w powietrzu. Jedną ręką podtrzymywała panna Jadwiga parasolkę, a drugą zaś suknię, z pod któréj widać było brzeżek karbowany białéj spódniczki i śliczne małe nóżki, obute w buciki węgierskie.
Pan Wiktor, który koło niéj szedł, choć miał ogromną, kręconą, jasnéj barwy czuprynę i broda tylko co mu się puszczała, wyglądał także jak malowanie.
Biło od téj pary zdrowiem, młodością, wesołością, szczęściem; a przytém znać było po obojgu owo życie wyższe, świąteczne; życie skrzydlatych polotów, nietylko w świat zewnętrzny, ale w świat myśli, szerszych pragnień, równie szerokich idei, a czasem w złote i promienne szlaki marzeń.
Wśród tych chałup, obok dzieci wiejskich, chłopów i całego prostackiego otoczenia, wyglądali oboje, jakby jakieś istoty z innéj planety. Aż miło było pomyśleć, że nie istniał żaden związek między tą pyszną, rozwiniętą i poetyczną parą, a prozaicznym, pełnym szaréj rzeczywistości i nawpół zwierzęcym bytem wioski. Nie istniał żaden związek, przynajmniéj duchowy. Szli oto oboje obok siebie i rozmawiali o poezyi, literaturze, jako zwyczajnie dworny kawaler i dworna panna. Ci ludzie w parcianéj odzieży, ci chłopi i te baby nie zrozumieliby nawet ich słów i języka. Aż miło pomyśleć! przyznajcież mi to, acaństwo dobrodziejstwo!

W rozmowie téj pysznéj pary nie było nic, czegoby się nie słyszało ze sto razy. Z książki na książkę przeskakiwali, jak motyl z kwiatu na kwiat. Ale nie wtedy taka rozmowa wydaje się czczą i pospolitą kiedy się rozmawia z lubą duszyczką, kiedy rozmowa jest tylko osnową, na któréj ona duszka złote kwiaty własnych uczuć i myśli dzierzga, i kiedy, od czasu do czasu, rozchyla swe wnętrze, jakoby spłonione wnętrze białéj róży. A przytém, taka rozmowa wzlatuje, bądźcobądź, jak ptak do góry, w sfery błękitne, czepia się świata duchowego i pnie się w górę, jakoby wijąca się roślinka po tyczce. Tam w karczmie ludziska pili i w prostackich słowach o prostackich prawili rzeczach, a owa para płynęła w inną krainę i na okręcie, który miał, jak mówi piosnka Gounoda:

„Maszty z kości słoniowéj,
Flagą jedwab, różowy
I szczerozłoty ster.“

Obok tego jeszcze należy dodać, że panna Jadwiga zawracała dla wprawy głowę kuzynkowi. W tych warunkach, najczęściéj mówi się o poezyi.
— Czytała pani ostanie wydanie Elego? — pytał kawaler.
— Wié pan, panie Wiktorze — odrzekła panna Jadwiga — że ja przepadam za Elim. Gdy go czytam, zdaje mi się, że słyszę jakąś muzykę i mimowolnie stosuję do siebie ów wiersz Ujejskiego:

„Leżę na obłoku,
Roztopiony w ciszę;
Łzę mam senną w oku:
Oddechu nie słyszę.
Fiołkowéj woni
Otacza mnie morze;
Dłoń złożywszy w dłoni,
Lecę... płynę...“

— Ach! — przerwała nagle — gdybym go znała, jestem pewna, że byłabym w nim zakochana. Zrozumielibyśmy się z pewnością.
— Na szczęście jest żonaty! — odparł sucho pan Wiktor.
Panna Jadwiga schyliła trochę główkę, ścisnęła pół-uśmiechem usta, aż jéj się dołki ukazały na policzkach, i spoglądając z ukosa na pana Wiktora, spytała:
— Dlaczego pan mówi, na szczęście?
— Na szczęście dla tych wszystkich, dla którychby życie nie miało wówczas żadnego powabu.
To mówiąc, pan Wiktor był bardzo tragiczny.
— O! pan zadużo mi przypisuje.
Pan Wiktor przeszedł w lirykę.
— Pani jesteś aniołem...
— No.... to dobrze.... to mówmy o czém inném. Więc pan nie lubi Elego?
— Zaczęłem go nienawidziéć przed chwilą.
— Brzydki grymaśnik z pana. Proszę się rozchmurzyć i wymówić mi swego ulubionego poetę.
— Sowiński... — mruknął ponuro pan Wiktor.
— A ja się go po prostu boję. Ironia, krew pożar... dzikie wybuchy!
— Takie rzeczy nie przestraszają mnie wcale.
To rzekłszy, pan Wiktor spojrzał tak walecznie przed siebie, że aż pies, który wybiegł z jednej chałupy, schowawszy ogon pod brzuch, cofnął się przerażony.
Tymczasem doszli do czworaków, w oknie których mignęły im: kozia bródka, zadarty nos i jasnozielony krawat, a potém zatrzymali się przed ładnym domkiem, pokrytym dzikiém winem i patrzącym tylnemi oknami na staw.
— Widzi pan, jaki to ładny domek: to jest jedyne poetyczne miejsce w Baraniéj-Głowie.
— Cóżto za dom?
— To była dawniéj ochrona. Tu dzieci wiejskie uczyły się czytać, gdy rodzice byli w polu. Papa naumyślnie kazał wybudować ten dom.
— A teraz cóż w nim jest?
— Teraz tam stoją beczki z okowitą....
Ale nie dokończyła myśli, bo doszli do wielkiéj kałuży, w któréj leżało kilka świń „słusznie tak nazwanych, dla swego niechlujstwa.“ Żeby tę kałużę obejść, potrzeba było przejść koło chałupy Rzepowéj; poszli więc tamtędy.
Przed wrotami siedziała na pieńku Rzepowa, z łokciami opartemi na kolanach i z twarzą podpartą na ręku. Twarz ta była blada i jakoby skamieniała, oczy czerwone, wejrzenie mętne i utkwione w dal bez myśli.
Rzepowa nie słyszała nawet przechodzących, ale panienka spostrzegła ją zaraz i rzekła:
— Dobry wieczór, Rzepowa!
Rzepowa wstała i zbliżywszy się, podjęła pod nogi pannę Jadwigę i pana Wiktora, przyczém rozpłakała się cicho.
— Coto wam, Rzepowa? — spytała panna.
— O! jagódko moja złota, o zorzo moja rumiana! może mi Bóg ciebie zesłał! Przyczyńże ty się za mną, pociecho nasza!
Tu Rzepowa zaczęła opowiadać rzecz całą, przeplatając opowiadanie całowaniem panienki po ręku, a raczéj po rękawiczkach, które przytém łzami plamiła; panienka zmieszała się bardzo: widać było wyraźnie kłopot na jéj ładnéj, poważnéj twarzyczce i sama nie wiedziała co począć, nakoniec jednak rzekła z wahaniem:
— Cóż ja wam poradzę, moja Rzepowo! Mnie was żal bardzo. Doprawdy... cóż ja mogę wam poradzić. Idźcie zresztą do papy.... może papa.... No! bądźcie zdrowi, Rzepowo...
To rzekłszy, panna Jadwiga podniosła jeszcze wyżéj migdałową sukienkę, aż nad trzewikiem błyszczała biała w błękitne paski pończoszka, potém zaś panna Jadwiga poszła daléj z panem Wiktorem.
— Niech cię Bóg błogosławi, kwiateczku najpiękniejszy! — zawołała za nią Rzepowa.
Panna Jadwiga posmutniała jednak, a panu Wiktorowi zdawało się nawet, że widzi łezkę w jéj oku; więc, żeby odgonić smutek, zagadał o Kraszewskim i o innych mniejszych już rybach literackiego morza; jakoż w rozmowie, która ożywiała się stopniowo, zapomnieli wkrótce oboje o téj „niemiłéj sprawie.“
— Do dworu? — mówiła sobie tymczasem Rzepowa. — A toć mnie tam najpierwéj trzeba było iść. Oj! głupia téż ze mnie kobiéta!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.