Szkarłatna Róża Raju Boskiego/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Szkarłatna Róża Raju Boskiego
Podtytuł Świątobliwy ks. Wojciech Męciński
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1937
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XI
PRZED WYPRAWĄ

Jak żeśmy już powiedzieli, ówczesny rząd japoński zabronił wjazdu do Japonii białym, a szczególnie jezuitom. Za przekroczenie tego prawa groziła kara śmierci, jak za szpiegostwo, zdradę stanu i pobudzanie do buntu.
Szpiegostwo ze strony Europejczyka w Japonii jest niemożliwością ze względu na rasową różnicę w budowie, sprawiającą, iż każdy biały wszędzie jest widziany i obserwowany. Zwłaszcza już nie mogli kryć się z niczym jezuici. Zatem to były mozoły. Istotą zatargu były sprawy handlowe, co jednak jeszcze nie musiałoby wykluczać propagandy wiary i miłości bliźniego. Skądże więc postawiony jezuitom w szczególności zarzut podburzania do buntu przeciw cesarzowi? Zwłaszcza, jeśli same władze japońskie nie orientując się należycie w istocie wiary japońskiej, uważały ją za pewną odmianę buddyzmu?
Było to następstwem niesłychanie ciekawego i niespodziewanego nieporozumienia psychologicznego, a mianowicie:
Cokolwiek by było, jakikolwiek byłby słopień wykształcenia najbardziej nawet postępowego Japończyka, każdy z nich bezwzględnie wierzy, że Japonia jest bogiem, a mikado, czyli cesarz, jej ojcem, dosłownie „Synem Słońca“.Wygląda to dziwacznie, ale tak jest, i to są dogmaty niewzruszalne duszy japońskiego narodu. Japończycy sami o sobie mówią, że im modlitwy nie są potrzebne, ponieważ jako synowie Japonii są dziećmi boga. Państwowa ich religia, zwana „szinto“, zna tylko trzy przykazania: kochaj Ojczyznę, bądź posłusznym cesarzowi, nie rób nic złego bliźnim. W tych trzech zdaniach czy też przykazaniach mieści się cała właściwa i najistotniejsza religia japońska, resztę normuje kodeks rycerski, czyli honorowy, zwany „buszidą“, oraz dobre wychowanie. Nie ma się tedy czemu dziwić, że mikadzie oddaje się cześć boską, co dzieje się zresztą dotychczas w ten sposób, iż we wszystkich instytucjach publicznych wieńczy się kwiatami, przez liturgię przepisanymi, podobiznę mikada, po czym wszyscy członkowie danej instytucji składają jej cześć, śpiewając hymn narodowy, którego słowa dzisiaj brzmią mniej więcej: „Byliśmy żwirem i piaskiem, zrobiłeś z nas skałę“. Słowa te dawniej były prawdopodobnie inne, jak też inne były objawy czci, bo wiadomo, że jeszcze w połowie XIX wieku, nawet w ulewny dzień, gdy mikado ulicami stolicy przejeżdżał, nie wolno było mieć otwartego parasola, a wszyscy musieli padać na twarze.
Śmiemy przypuszczać, iż te oznaki czci boskiej były właściwie tylko formami kultu państwowego, który państwo, raczej ojczyznę, stawia nade wszystko. Nie można się jednak dziwić, że jezuici, wychowani na tradycjach chrześcijaństwa, które w Rzymie zwalczało boski kult cezarów, mianujących się bogami za życia, nie mogli na taki kult mikada pozwolić. Na tym tle wyniknęły nieporozumienia i podejrzenia, które w połączeniu z niechęcią do europejskich awanturników i oszustów, wywołały też i wypędzenie jezuitów oraz krwawe ich prześladowanie.
Wszyscy biografowie Męcińskiego twierdzą, że to prześladowanie, którego wynikiem było męczeństwo Polaka oraz jego towarzyszów, trwało za czasów cesarza Xoguna. Możemy śmiało powiedzieć, że takiego w ogóle nie było. Jak się nazywał ówczesny cesarz Japonii, tego nie wiemy i trudno byłoby sprawdzić, wziąwszy pod uwagę, że jako następca tronu nazywał się inaczej, jako mikado inaczej, a inaczej po śmierci. Jednakże z całą pewnością możemy oświadczyć, że ów jakiś legendarny cesarz Xogun, to był tylko szogun, polityczny rządca Japonii, inaczej mówiąc, kanclerz, który wówczas jako siedzibę swą miał miasto w Japonii południowej, zwane Kamakura, podczas gdy stolica cesarza, czyli mikada, była w Japonii centralnej, a nazywała się Kio-to. Rzecz prosta, że kanclerze czasami tak ograniczali mikadów, iż ci synowie słońca, zamknięci w swych pałacach, spoza których nie było widać nic prócz szczytów jodeł i podobnych do nich pagod (pagoda nie jest świątynią, tylko dzwonnicą przy świątyni), ginęli z głodu i robili się naprawdę uduchowionymi bogami. Nie ma się też czemu dziwić, że za rządów szogunów czyli wielkorządców były bezustanne wojny domowe, bez których, po prawdzie mówiąc, rycerstwo japońskie przy słabo rozwiniętym rolnictwie nie mogłoby żyć. Z drugiej strony ten stan rzeczy rujnował kraj, przez co państwo ginęło, robiło się coraz słabsze, aż wreszcie cały ten nieporządek skończył się wielką reformą rolną, w której mikado odebrał szlachcie grunta, rozdał je chłopom, a magnaterię wygubił.
Czas, w którym Męciński miał przybyć do Japonii, był czasem chaosu państwowego. Na ulicę nie można było wyjść bez dwu ciężkich szabel za pasem i sztyletu w garści. Klasztory szinto, buddystyczne i różnych innych sekt wojowały ze sobą, szajki bandytów świetnie zorganizowanych, zwanych „roujon“, co znaczy „błędny rycerz“, grasowały po gościńcach — mikado nie miał władzy, „cesarz Xogun“ też nie — i w takim czasie polski apostoł przyjeżdża szerzyć chrześcijaństwo.
To się musiało skończyć męczeństwem.
Męciński o tym wiedział.
Przed odjazdem do Japonii napisał list do siostry i konfratrów krakowskich i przesłał im pamiątki po sobie: brewiarz, krzyżyk z kości słoniowej i obraz Matki Boskiej; z tych przedmiotów tylko obraz ocalał w podróży i został wręczony rektorowi jezuickiego kolegium w Krakowie po pięciu latach od wysłania.


Parę słów musimy poświęcić ludziom, o których biografowie nie piszą, zaznaczając tylko, że byli, lecz nawet nie wspominają ich imion. A jednak ludzie ci umierali wraz z misjonarzami, a jako dzieci własnej ojczyzny wiedzieli dobrze, że o ile może jakimś przypadkiem, skutkiem wstawiennictwa którejś z potęg europejskich, misjonarze zdołaliby się uratować, to dla nich wyjścia żadnego nie ma. Byli to tak zwani uczniowie, rekrutujący się w takich razach zawsze spomiędzy krajowców.
Przygotowana przez grono misjonarzy jezuickich wyprawa duchowa na Japonię bez pomocników, znających kraj, ludzi i język, obejść się nie mogła.
Przygotowania odbywały się w Manilli na wyspie Luzon i, rzecz prosta, musiały się toczyć w największej tajemnicy. Kierownikiem wyprawy był padre Rubino, Portugalczyk. On to zawezwał Męcińskiego z Makao do Manilli, gdzie wyprawa bawiła dwa lata wśród krajowców, jednak dokładnie nie wiadomo gdzie. Spośród krajowców szukano pomocników jako przewodników, szukano ich też oczywiście między żeglarzami japońskimi, którzy zawijali do portu Manilli.
Parę słów o Manilli:
Miasto jest bardzo piękne, klimat podzwrotnikowy, podzwrotnikowa roślinność; ludzie drobnego wzrostu jak Japończycy, jednakowoż maję znacznie ciemniejszą cerę o barwie dobrych cygar hawanna, a zatem idącą już rasowo ku Ameryce, ku Kubie i archipelagowi Karaibskiemu. Ani biografowie ani listy jezuickie nie mówią, co tam robiono. My jednak możemy sobie z łatwością wyobrazić, że musiał to być wywiad, bez którego absolutnie nie sposób byłoby się dostać do zakazanego raju męczarń i śmierci. O ile spieszno było do Japonii misjonarzom, o tyle, zrozumiemy łatwo, do palm męczeńskich nie kwapili się Japończycy, którzy mieli ich do swego własnego kraju przemycić. A przecież trzeba było znaleźć dżonkę, która by ich zawieźć chciała do Japonii.
Pomocników nie uzyskano ani przekupstwem ani w ogóle żadnym fałszem, lecz zrządzeniem boskim wśród nawróconych Azjatów. Wiemy, że było ich trzech i wszyscy trzej byli Japończykami. Nawrócić na katolicyzm tych ludzi, pozyskać ich dla sprawy, która dla nich musiała się skończyć śmiercią, mogła tylko prawdziwa, żywa wiara. Jak wielką i płomienną ona być musiała, zrozumiemy, że zdobyć sobie potrafiła umysły i serca ludzi prostych, którzy w życiu nie myśleli o niczym innym jak tylko o Bogu.
We wszystkich wyprawach krzyżowych misjonarzy naszych pomocnicy ci brali udział. I brali udział w mękach. I marli w męczarniach. Jakoś tak dziwnie się składa, że imiona tych bezinteresownych, tak cudnie na tortury idących a cichych żołnierzy Chrystusowych, pozyskanych sercem przez serce, nie są znane.
Lecz palma męczeństwa żarzyć się będzie nad nimi jak i nad tymi, których imiona są jak dzwony wzywające na modlitwę za bohaterski skon.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.