Szkarłatna Róża Raju Boskiego/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Szkarłatna Róża Raju Boskiego
Podtytuł Świątobliwy ks. Wojciech Męciński
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1937
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VI
NA GALEONIE

Galeony były to bardzo piękne statki, cudownie wygięte, okryte gęsto rzeźbą u burty i na kasztelach, Na rufie umieszczana bywała ślicznie rzeźbiona i barwna figura jakiegoś świętego lub — najczęściej — Bogarodzicy. Gdy taki czteropomostowy statek z rozpiętymi żaglami sunął po morzu, wyglądał jak pływająca katedra. Ale na pokładach rzecz ta przedstawiała się inaczej. Te wysokie a stosunkowo krótkie statki bardzo rzucały, tak że wprost nie podobna było obronić się chorobie morskiej, skutkiem czego pokład był wciąż zanieczyszczony i pełen ludzi o twarzach zielonych z choroby i przemęczenia, to leżących jak trupy, to znów z jękiem podnoszących się w nowym paroksyzmie choroby. Wśród tego tłumu „Łazarzów“ uwijają się majtkowie, zbieranina z całego świata, przeważnie jednak Portugalczycy, na ogół jowialni i poczciwi o pucułowatych twarzach i krępych ciałach; śniadzi Hiszpanie, rysów twarzy pociągłych i posępnych; czarnowłosi, czerwonawej cery, drobni, lecz silni Baskowie; nabrani gdzieś po drodze Kafrzy, międzynarodowa hołota portowa i najrozmaitsi mieszańcy.
Prawie każdy z tych ludzi ma jakąś zbrodnię na sumieniu. Przywykli do walki na śmierć i życie, a przynajmniej połowa z nich służyła na statkach korsarskich. Ludzie ci cenią tylko siłę i dlatego jęczący na pokładzie chorzy są dla nich niczym. Półnadzy, na każdy świstek bosmana lub kapitana statku biegną po pokładzie tętniącym pod ich bosymi stopami i wspinają się na maszty, aby rozbiegłszy się po rejach zwijać i rozwijać żagle stosownie do podmuchu wiatru. Ani kapitan, ani bosmani nie żałują przy tym klątw, wymyślań czy uderzeń. Krew o lada co leje się po pokładzie galeonu. O byle co uderzenie pięścią rozkrwawia usta; o byle co świszczy lina, do krwi tnąc nagi grzbiet majtka; o byle co przewiązanego w pasie liną rzuca się marynarza do wody i tak godzinę lub dwie holuje go za statkiem, na pół uduszonego i utopionego; o byle co też wyrzuca się go za burtę lub wiesza na rei. Inaczej nie może być, bo gdyby ta zbieranina nie czuła nad sobą siły, wybuchłby bunt. Ponieważ jednak ta siła uciska temperamenty gwałtowne, lada chwila może wybuchnąć bunt.
Jednakże majtkowie portugalscy nie buntują się.Nie sięgają do nożów, które wszyscy mają u pasa, z tyłu, na prawym biodrze. Łączy ich powodzenie floty portugalskiej, wysokość bezkonkurencyjnych zysków i tradycja. A teraz łączy ich strach. Bo oto na statku wybuchła jakaś zaraźliwa choroba. Ludzie zaczęli umierać jak muchy. Po kilka trupów dziennie wrzucano w morze. Nie wiedziano, co to za choroba, ale najprawdopodobniej była to znowu dyzenteria. Powtórzyła się znana już historia: Męciński musiał się z misjonarza zamienić w lekarza. Niejednego wyleczył, jako że miał już w tych chorobach pewne doświadczenie. Nie napróżno wędrował z takim szpitalem sto dni po Atlantyku. Ale jezuity, kierownika swej wyprawy, uratować nie mógł. Wódz wyprawy umarł.
Morze stawało się coraz piękniejsze. Niebo nocami skrzyło od gwiazd. Było bardzo ciepło! Świat cały skąpany był w świetle słonecznym. Ale ludzie marli i marli, i z każdym dniem coraz więcej miejsca było na okręcie.
Cudem z tego piekła Męciński wyszedł żywy. Bo niedość, że mógł umrzeć na ową epidemię. Na statku nastąpił wybuch prochów. Męciński wraz z całą załogą omal że nie wyleciał w powietrze. To jest swoją drogą okropne, jak ówcześni biografowie lekceważyli sobie szczegóły! Nie wiemy, ani dlaczego nastąpił ten wybuch prochu, ani w jaki sposób załoga wraz ze statkiem została uratowana. Tak samo drugi wypadek Męcińskiego: biografowie piszą, że u wybrzeży Mozambiku Męciński omal nie utonął i tylko cudem został ocalony. Zgoda, ale jakim cudem ocalał i przede wszystkim dlaczego tonął? Nikt nic o tym nie pisze, a przecież byłoby to bardzo zajmujące.
Nareszcie, 21 sierpnia 1633 roku, to jest prawie po półrocznej podróży, statek zawinął do portu Goa.
Z ośmiuset ludzi — żołnierzy, załogi i podróżnych — połowa po drodze umarła, Męciński zaś żył, lecz bardzo chory, powędrował do szpitala.
Była to iście piekielna podróż i bylibyśmy bardzo wdzięczni Męcińskiemu, który często, jak na owe czasy, pisywał do swego spowiednika, ks. Drużbickiego, gdyby nam jej opis szczegółowy pozostawił. Przypuszczamy słusznie, że nie sprawiłoby mu to żadnych trudności; czemu się jednak tak nie stało, napiszemy później.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.