Syn pana Marka/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Syn pana Marka
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Ognisko Domowe“, 1875, nr 25-33
Redaktor Bronisław Przyrembel
Wydawca Bronisław Przyrembel
Data wydania 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dużo wody upłynęło od czasu rozmowy marszałka z panem Maciejem i panem Markiem. Bywały przez ten czas i suche lata i pory dżdżyste a nawet jednego roku na wiosnę owa niefortunna rzeczułka na której pan prezes Gzubski most stawiał, skutkiem obfitego deszczu przybrała, tak że słupy owego mostu do połowy zanurzyły się w mętnej wodzie.
Losy rzuciły mnie daleko od Wólki, od tych poczciwych państwa Marków, którzy siedząc spokojnie w swoim zaścianku, nie domyślali się nawet, że ktoś tam ich życie domowe opisze. I lepiej, że się tego niedomyślali, bo możeby z pewnem niedowierzaniem przyjmowali w swym domu jakiegoś pisarka, który wtrąca wszędzie swoje trzy grosze, rośnie gdzie go nie posiano, i trapi porządnych obywateli zbytecznem gadulstwem.
Podlasie ta błogosławiona kraina piasku i westchnień znikła dawno z przed moich oczu, a dworek w Wólce, państwo Chojnowscy i ich sąsiedzi zostały w pamięci, w której wyryły się jako obrazki śmieszne ale nie karykaturalne, bo obok drobnych śmieszności, miały wiele uczucia, szlachetności i serca, słowem posiadały wiele tych przymiotów, których napróżno nieraz chcielibyśmy szukać w ludziach uchodzących za powagi wzory i autorytety.
Dużoby się dało o tem powiedzieć ale szczupła ramka maleńkiego obrazku nie pozwala przepełniać tła zbytecznemi akcesoryami i dlatego przechodzimy do dalszego ciągu a raczej dokończenia niniejszej gawędki.
Było to w Warszawie, kiedy świeże tchnienie wiosny, wywołuje tłumy na ulice; prowadzi je do ogrodu i na spacery. W tej porze właśnie, kiedy każdy spieszy, aby odetchnąć świeżem powietrzem, otworzyć okno... odmłodzić się, ożywić i ogrzać pierwszemi promieniami słońca, które tak cenimy na wiosnę, a przed którem tak uciekamy w lecie.
Szedłem i ja za tłumem, dążąc ku Łazienkom i myśląc o owych rzeczach i głębokich i wielkich, które znamy wszyscy pod skromnem mianem niebieskich migdałów. To zamyślenie i medytacye przerwała ciężka jakaś dłoń którą poczułem na ramieniu. Obejrzałem się i ujrzałem wąsate oblicze pana Macieja z Woli Wrzeszczącej.
Uśmiechał się, a raczej śmiał szczerym naturalnym śmiechem właściwym tylko dzieciom pól i lasów. Śmiechem, który nie ma najmniejszego podobieństwa do owego przymusowego skrzywienia ust, tak powszechnego między mieszczuchami.
Ucieszyłem się serdecznie zobaczywszy przedstawiciela podlaskiego postępu i wroga konserwatyzmu. Rumiana fizyognomia tego jegomości przypomniała mi odrazu chwile spędzone w Wólce i jej okolicach i byłem bardzo rad sposobności, że mogę usłyszeć wieści o moich dawnych znajomych.
— Jakże się miewacie kochany panie Macieju, zapytałem poddając rękę uściskowi muskularnej dłoni, mogącej śmiało rywalizować z ręką Goliata, Samsona i innych tego rodzaju potentatów.
— Jak groch przy drodze, mój dobrodzieju. Przyjechałem tutaj po nasiona, a że to dziś święto i niewiele można zrobić to się człowiek włóczy po ulicach i gapi na to rojowisko ludzi i las domów.
— Zawsze jednak, rzekłem, pan dobrodziej Woli w dzierżawę nie puścił, sam w niej gospodaruje.
— Sam, sam, mości dobrodzieju pracuję na swym zagonie jak mogę....
— A sąsiedzi?
— Ho! ho, ho, mój kochany, anibyś poznał jak się wszystko zmieniło. Pan Marek poszedł ad patres. Poczciwa dusza, szkoda go. Człowiek był dobry, sąsiad zacny tylko mąż słaby.
— I dawnoż się to stało?
— Trzy lata mój dobrodzieju, trzy lata... Pochowaliśmy go uczciwie, jak zasłużył na własnych ramionach pół mili na cmentarz zanieśli, a ksiądz Symforyan taką mowę powiedział, żeśmy się panie jak bobry popłakali.
— Szkoda go, tymbardziej że miał tak liczną rodzinę.
— Zapewne mój dobrodzieju, to też jak jego zabrakło, wszystko zaczęło powoli iść na marne. Pani Markowa oddała rządy w ręce tego urwisa, który jak może jaki grosz wyciągnąć to wyciągnie i zaraz jedzie gdzieś niby to po żonę ale najczęściej w mieście siedzi i bawi się z godnymi towarzyszami.
— Co też pan Maciej powiada, przecież był w jakiemś wzorowem gospodarstwie, miał się kształcić na agronoma.
— Pluń pan na to wszystko, rzekł z gniewem pan Maciej, gdzie tylko był zewsząd uciekł, wszędzie bąki zbijał, nic nie robił — a wybornie mu widać na zdrowie ta próżniaczka służyła bo zmężniał a wąsiska mu jak miotły odrosły. Lubi dobrze zjeść i wypić, zapolować, w karty zagrać, ale od roboty... panie! ucieka jak dyabeł od święconej wody.
— Jakaż więc przyszłość czeka te biedne dzieci, jeżeli taki braciszek rządzi majątkiem.
— Dzieci!? to już panie nie dzieci, bo dwie dziewczyny zamąż wyszły a i chłopaki już spore, jeden nawet jest u mnie w Woli na praktyce, nie wiem jeszcze co z niego będzie.
— A gdzież się obecnie obraca pan Czesław?
— Jeździł niedawno w Hrubieszowskie szukać sobie żony, ten marszałek taki im sposób mądry doradził, uczepił się tego Czesław jak pijany płotu i już przez pięć lat szuka tego skarbu, ale jakoś niefortunnie kosztuje też to nie mało. Co gospodarstwo przyniesie, to owe konkury pochłoną, a Czesiowi dobrze, nic nie robi, jeździ sobie po świecie, a jeżeli wróci do domu to tylko po to, żeby zabrać pieniądze i dalej na poszukiwania wyjechać.
— Smutne to historye...
— Smutne i bardzo smutne, mój panie, ale to dopiero początek, czekaj pan codalej będzie...
I zamyślił się głęboko pan Maciej, stracił humor i nawet parę kieliszków węgrzyna nie mogło mu zwykłej wesołości przywrócić.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kto z Was nie zna pana Marka, pani Markowej i Czesia, kto nie zna tych prezesów, marszałków i sędziów, kto z was nie zetknął się z tą klasą ziemian właścicieli, lub dzierżawców średnich majątków? Nie znaliście pana Marka i Wólki, to z pewnością znaliście pana Michała, Jana, Jakuba lub innego. Każdy z nich prawie jest ojcem licznej rodziny, każdy buduje świetną przyszłość dla syna ale budowa ta wali się i upada, bo nie jest postawioną umiejętnie, bo się lepi naprędce, bez ładu, bez planu, bez systemu; upada... bo upaść musi gdyż brak jej fundamentów, brak umiejętnej dłoni któraby umiała z bogatego materyału skorzystać i gmach zeń potężny wybudować.
Dlaczego tak jest i czem się to dzieje, niech tłómaczą badacze ustroju ludzkości, niech analizują te przyczyny i wynajdują środki, aby im zapobiedz. Że zaś się tak dzieje o tem wie każdy, kto miał zetknięcie z tą poczciwą lecz krótkowidzącą klasą ludzi, która z łona swego wydała pana Marka i jemu podobnych ojców.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ze smutkiem wyczytałem w gazecie niemiłe obwieszczenie o subhastacyi Wólki, tego rodzimego gniazda Chojnowskich. Kiedy rozmyślałem nad smutną przyszłością poczciwej pani Markowej, drzwi cukierni otworzyły się zamaszyście i wszedł mężczyzna słusznego wzrostu i zamaszystej miny.
Był to niedoszły przemysłowiec, kupiec i agronom, obecnie zaś trudnił się nie zaszczytnym przemysłem „pośredniczenia w interesach.“
Nie wiem czy znacie ten nowy rodzaj przemysłowców, który w latach ostatnich coraz liczniej jest reprezentowany. Utracyusze, zbankrutowani przez własne niedołęztwo paniczyki nie mając już sposobu do życia, straciwszy wszystko a nawet i groszowy kredyt w sklepiku, rzucają się nareszcie na tę ostatnią drogę i „pośredniczą w interesach.“ Wszystko to jedno dla nich, czy interes zły lub dobry; korzystny lub niekorzystny, czysty czy nieczysty wreszcie, im idzie tylko o jedno, o porękawiczne.
Ów mężczyzna należał właśnie do tego rodzaju przemysłowców i jego życie rzuciło w wir miasta jak rzeka niosąca męty w głębie oceanu. Instynkt zachowawczy pchnął go tutaj a zatrudnienie „pośredniczącego“ przypadło mu do smaku.
Był to syn pana Marka.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.