Syn pana Marka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Syn pana Marka
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Ognisko Domowe“, 1875, nr 25-33
Redaktor Bronisław Przyrembel
Wydawca Bronisław Przyrembel
Data wydania 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SYN PANA MARKA.
SZKIC Z ŻYCIA WIEJSKIEGO.
przez
Klemensa Junoszę.
Klemens Junosza - Syn pana Marka ornament 001.png





I.
Opisanie Wólki — rodzice bohatera — sprowadzenie tego ostatniego z miasta.

Jesteśmy na wsi. Przed nami rozległa przestrzeń, w której zieleni się łąka upstrzona tysiącami różnobarwnych kwiatków, kołyszą się jak fale łany złocistej pszenicy, bieleją chatki wieśniacze, a cały ten obrazek ujęty w ciemną ramkę jodłowych borów, wprawdzie przetrzebionych dobrze, ale jeszcze imponujących zdaleka ogromem i zielenią.
Zresztą, gdzie dzisiaj znajdziesz owe lasy gęste, w których żubry sypiały pod masztowemi sosny, a modrzewie i buki splatały konary w siostrzanym uścisku...
Popłynęło to wszystko powoli, potrochu, a poczciwa stara Wisła wydźwigała tych olbrzymów na barkach srebrzystych, oblała ich łzą pożegnania, i mrucząc na nieoględność ludzką, rzuciła na Bałtyk.
Już wieczór, wracają ludzie z pola — kudłate psisko zagania owce, wozy turkoczą, dziad dzwoni w kościele w sygnaturkę, nie wiele większą od dzwonka u sanek, a domorosły artysta wygrywa na ligawce melodye nieuczone, ale smętne i łzawe jak historya doli kmiecej.
Jeszcze gdzie niegdzie słychać gwary, wreszcie wszystko usypia i nastaje cisza, którą przerywa szczekanie psów, lub turkot oddalonego młyna.
I noc zakrywa przed naszemi oczami ten miły i swojski krajobraz. Ale noc ta jest łagodna, cicha, księżycowa — i czytelnik nie narazi się na zaziębienie ani na katar, jeżeli raczy przejść się myślą po piasczystym gościńcu dla powzięcia wyobrażenia o posiadłości pana Marka Chojnowskiego, właściciela Wólki i białego dworku pod lasem.
A zatem idziemy.
Zamiast jednak zastanawiać się nad głębokością piasku, pokrywającego gościniec, lub zamiast liczyć lipy, które wbrew obyczajom narodowym, dorosły do wcale pięknych rozmiarów, pogawędzimy sobie o samym właścicielu Wólki.
Trzeba wam wiedzieć, iż takich panów Marków niewielu już można naliczyć. Jeszcze jakiś czas, a będziecie ich znali tylko z rysunków Kostrzewskiego, lub pamiętników waszych babek...
Wprawdzie w planie naszej gawędki nie leży kreślenie bjografii pana Marka, na sposób przyjęty przez pisma ilustrowane, wszelako jednak musimy wspomnieć, że pan Marek urodził się w Wólce, a tam wyrósł, zmężniał, utył, posiwiał, wyłysiał, i tam prawdopodobnie głowę położy.
Wieść niesie, że pan Marek w młodości chodził do szkół, w których prawdopodobnie się uczył. Godzi się jednak wątpić czy się wiele nauczył, gdyż z erudycyą nie rad się popisywał, i nie miał nawet zamiłowania do drukowanej bibuły, wskutek czego ani jedna ekspedycya pism perjodycznych nie mieściła go na liście prenumeratorów.
Chociaż pan Marek nie był prenumeratorem żadnego pisma, chociaż nie wiele czytywał, był jednak człowiekiem zacnym, i cieszył się miłością sąsiadów.
Był on jednym z tych poczciwych ludzi, którzy piszą góra przez u i rzeka przez ż.
Nie idzie jednak za tem, żeby pan Marek nie miał być rozumnym. Owszem, na gospodarstwie znał się wybornie, a nawet po długich medytacyach kupił sobie żniwiarkę, która pogodziła go z postępem.
Działo mu się nieźle, chociaż wyrzekał na ciężkie czasy, i miał podobno trochę gotówki, o czem wiedział dobrze ksiądz Symforyan, proboszcz parafii pana Marka.
Kiedyś pan Marek kochał szalenie. Skutkiem tego wstąpił w świętą koniunkturę matrymonialną, z ideałem swych marzeń. Uczucie jego, owa miłość młodzieńcza, przerodziła się z czasem, i odbyła metamorfozę. Pan Marek drżał przed swoją połowicą, a złośliwi plotkarze utrzymywali, że drżał ze strachu. Chociaż ksiądz Symforyan mówił na panią Markową „hic mulier,“ my jednak nie będziemy się wdawali w tajemnice domowego pożycia tych państwa.
Dla naszej opowieści wystarczy, jeżeli powiemy, iż pan Marek przez ożenienie się zyskał tyle, że spiżarnia jego stała się wzorem spiżarni, a on sam stał się wzorem uległości i biernego posłuszeństwa. Oprócz tego, dom pana Marka ożywił się znacznie, a do spodziewanej po nim sukcesyi było ośmiu spadkobierców w linji prostej.
Ci młodzi ludzie, których imiona miały kiedyś figurować w dziale II księgi hypotecznej dóbr Wólka B., a z których obecnie siedm ósmych części figuruje w łóżkach, dzielili się na następujące kategorye: do płci męzkiej należało pięcioro, do żeńskiej troje. Według wieku zaś, pierworodek miał lat 17 i był uczniem klasy trzeciej gimnazyum w N., panienka jedna miała lat 15, druga 13, trzecia 11... reszta zaś potomstwa byli to chłopcy. Widząc jednak, że wiek dzieci państwa Marków poczynając od pierworodka, przedstawiał arytmetyczny postęp malejący z wykładnikiem dwa, i wiedząc o tem, że liczba wyrazów tego postępu była ośm, za pomocą właściwych formuł matematycznych możemy twierdzić, że ostatni wyraz tego postępu, mały Jasio, ma obecnie lat trzy.
Zapewne obserwując rzeczy ze stanowiska czysto patryarchalnego, jest rzeczą bardzo przyjemną widzieć się otoczonym licznem gronem rodziny, i tego zapewne przekonania był pan Marek; odwieczna jednak prawda, iż każdy medal ma dwie strony, dawała mu się uczuć dotkliwie, i kazała mu zastanawiać się nad przyszłością tego arytmetycznego postępu. Że jednak w parlamencie małżeńskim państwa Marków, stronie opozycyjnej, to jest panu Markowi, niepodobna było myśleć o wnioskach, więc właściciel Wólki zdał się na wolę losów, powtarzając w duchu od czasu do czasu; co to będzie? co to będzie....
Ale otóż i dworek....
Przypatrzmy się — chociaż to noc, jednak poczciwy księżyc, powiernik zakochanych, świeci blademi policzki, i nie przeszkadza podobnym oględzinom.
Jeżeli znacie Polowskie gawędy, toście już taki dworek widzieli w waszej wyobraźni. Taki sam, niski, pochylony, bielony, nie ręczyłbym nawet czy nie modrzewiowy. Okienka małe i ganek na słupach i ogródek z tyłu, i tradycyjny gołębnik na środku dziedzińca.
Zabudowania gospodarskie znać zeszłej zimy świeżo słomą poszyte, imponują żółtemi dachy. Cały zaś ten obrazek ujęty w skromną ramkę chróścianego płotu.
Rzekłbyś, że założyciel tej ustronnej siedziby znał słowa poety:

„Naprzód przed drzwiami, lipę zasadzę,
Wkoło płotami sad oprowadzę....
Będzie przy wodzie pięknie ciosana
Kamienna postać świętego Jana....“

I to jest. Nad wodą stoi kapliczka, a w niej figura tego świętego — figura ciosana, chociaż czy pięknie, to znowu inne pytanie. Nie przychodzimy tu jednak w charakterze krytyków, na wystawę Towarzystwa zachęty sztuk pięknych, a to samo uwalnia nas od wygłaszania sądu o wartości estetycznej tego dzieła snycerstwa krajowego — a zresztą, te figury wykonywane przez amatorów-artystów, według skali pojęć estetyki wieśniaczej, piękne są, bo święte, a to im wystarcza. A dziewczyna wiejska z równem nabożeństwem uklęknie przed taką figurką, jakby uklękła przed dziełem Canovy lub Michała-Anioła.
Jesteśmy tedy przed dworkiem. Czemu jednak gdy cisza nocy otoczyła całą okolicę, gdy wszystko spoczywa błogim snem ujęte, czemu jednak w okienku pana Marka jaśnieje światełko? Żeby na to odpowiedzieć, trzeba zajrzeć przez okno.
Nad stołem pochylony siedzi pan Marek, znać ważną sprawą zajęty, ponieważ widzimy tylko jego łysinę oświetloną niepewnym blaskiem łojówki. Przed nim leży szmat papieru, stoi atrament w flaszeczce pozostałej po kroplach na robaki, leży kilka piór gęsich skazanych na to, aby jednym końcem strzedz czystości fajki pana Marka, a drugim wzbogacać literaturę familijną. Pan Marek pisze.
Nie sporo mu jednak idzie — od czasu do czasu podnosi głowę, pociąga ogromną ilość dymu z pieprzowego cybucha, i wygląda w owej chwili jak Jowisz siedzący w chmurach i rzucający pioruny.
Nie myślimy być tak niedyskretnymi, aby kopiować utwory pana Marka, i wywoływać przez to złośliwe komentarze co do ortografii, o jakiej ani profesor Małecki ani Ks. Malinowski nie słyszeli. Nie możemy jednak powstrzymać się od przytoczenia treści tych utworów.
Pierwszy z nich zaadresowany: „do własnych rąk Imć Pana Czesława Chojnowskiego, ukochanego syna i ucznia klassy III Gimnazyum,“ wzywał adresanta aby przyjechał pod dach rodzicielski, oraz aby miał w drodze baczenie na starego Onufrego woźnicę, który znany był ze swej słabości do kieliszka.
Drugi zaś utwór adresowany do właściciela handlu winnego i korzennego, był po prostu spisem rozmaitych ingredyencyi gastronomicznych — prośbą o łaskawe nadesłanie takowych wraz z rachunkiem.
Dwa te dokumenty niesłychanie ważne w życiu naszego bohatera, były wykonaniem rozkazu dziennego, który wyszedł z różanych usteczek pani Markowej, i brzmiał mniej więcej temi słowy:
— Mój Mareczku, trzeba Czesia odebrać ze szkół, i trzeba pojutrze przyjąć gości. Właśnie na ten dzień nadjedzie mój braciszek z Galicyi, i jako człowiek bywały i mądry, poradzi nam najlepiej, co mamy robić z dzieciakiem.
— Dobrze moja duszko, odpowiedział pan Marek.
— Wypraw więc Onufrego na całą noc, niech jedzie do miasta, przywiezie Czesia i sprawunki według tej karteczki załatwi.
— Dobrze mój aniołku.... odrzekł pan Marek, a po chwili, gdy żona wróciła do swego pokoju, zasiadł nad stołem i uczynił te dwa wypracowania piśmienne, o jakich wspomnieliśmy przed chwilą.
Skończywszy pisanie opieczętował listy sygnetem, na którego olbrzymim krwawniku wyryte było wyobrażenie herbowej tarczy domu Chojnowskich, zapalił olbrzymią latarnię oplecioną drutem zielonym, latarnię która nie wyjdzie nigdy z mody na Podlasiu, tej krainie konserwatyzmu i piasku, i uzbrojony długim sękatym kijem udał się do stajni, skąd tubalny głos jego rozchodził się po wszystkich zabudowaniach folwarcznych.
W pół godziny potem, dwa grube, łyse kasztany ciągnęły po gościńcu żółty wózek węgierski, na którym kiwał się w różnych kierunkach na pół śpiący Onufry, nie przewidując nieszczęścia jakie go spotkało.... gdyż sławny bat na trzcinowej kozicy, godło jego masztalerskiej godności, i zarazem pamiątka z Łęczyńskiego jarmarku, wypadł z bryczki i został na szerokim gościńcu, aby nazajutrz stać się łupem powracającego pocztyliona.
Pan Marek położył się spać, błogosławiąc noc — Onufry zaś obudził się przeklinając miasto, dziedzica i nocną jazdę; która go pozbawiła tak pięknego „statku“ jakim był ów batog.
Ponieważ obie te akcye nie są ciekawe, przeto szanowny czytelniku, dajmy za wygranę spostrzeżeniom dzisiejszej nocy, a raczej zajrzyjmy do Wólki wtenczas, kiedy promienie słońca obudzą naszych bohaterów, i dozwolą im przedstawić się waszej wyobraźni w przyzwoitych kostiumach.



II.

Żeby określić stosunki rodzinne państwa Chojnowskich, trzeba przedewszystkiem zawrzeć bliższą znajomość z samą panią właścicielką Wólki, i rozkazodawczynią swego małżonka.
Znać Wólkę, nie znając pani Markowej, jest to samo, co być w Rzymie a nie widzieć papieża. Nie chcąc, aby czytelnicy z winy autora narażeni byli na niekonsekwencye tego rodzaju, przystępujemy do określenia tej samodzielnej i wybitnej w swojej sferze osobistości.
Nie mamy trzech potrzebnych rzeczy, to jest talentu, farb i płótna, gdyż moglibyśmy dołączyć do niniejszego numeru portret pani Chojnowskiej, który mógłby być nad wszelki opis plastyczniejszy.
Rozporządzając niestety tylko piórem i atramentem, musimy poprzestać jedynie na dobrych chęciach zamiast na uczynku, i na piórze zamiast pędzla.
Mieszkańcy stali trzech sąsiednich powiatów w ogóle, a mieszkańcy parafii Wólka w szczególności, wiedzieli aż nadto dobrze, że osobistość płci żeńskiej ukazująca się w powoziku nie zbyt świeżego fasonu, ciągnionym przez czwórkę rumaków, z których każdy tak maścią jakoteż usposobieniem i wiekiem różnił się od swoich towarzyszów, była pani Markowa.
Ci mieszkańcy widzieli ją przejeżdżającą czwórką, a czwórka prezentowała się nieźle, stary Onufry na koźle wyglądał dziarsko, powozik chociaż trzeszczał i niemiał skrzydła z lewej strony a klamki u drzwiczek z prawej, imponował zieloną barwą pudła; pani Markowa wyglądała pokaźnie, a we wzięciu się i ruchach miała coś arystokratycznego. Dlaczego arystokratycznego zobaczymy poniżej.
Wyglądała jak Semiramida na wspaniałym rydwanie, wleczona przez lwy, co przynosiło ogromny zaszczyt staremu Onufremu, który umiał cztery różnorodne charaktery końskie zjednoczyć, i pozór przyzwoity im nadać. Mózg Onufrego wysilał się nad debatami, jak sprządz te cztery indywidualności zwierzęce, z których jedna zdawała się być stworzoną do włóczenia brony, druga do siodła, trzecia do monotonnego obracania kieratu, czwarta zaś, do szalonej jazdy jarmarcznego bałaguły.
Nikt nie wie, ile to Onufry wymyślił kombinacyi w jakich dozach rozdzielać owies i razy batoga, jak długo dumał nad najstosowniejszą dla każdego rumaka długością postronków, i nad stroną z której go w zaprzęgu umieścić należało; zasługi te przepadły bez uznania, bez zaznaczenia.... a jednak były to zasługi, których jedyną nagrodą były mizerne 30 rubli zasług i ośmnaście korcy ordynaryi.
Onufry miał jeszcze jeden talent, z którym chętnie popisywał się przy każdej sposobności, i za co dostawał od pani kieliszek szumówki, nie mającej wprawdzie 32% według probierza Trallesa, ale rozdawanej zwykle wszystkim pracownikom ziemi w dominium Wólka.
I teraz, w rozwartych szeroko wrotach dworu Wólki, ukazała się naprzód para lejcowych, skarogniady z bułanym, potem dyszlowy kasztan ze srokatym, za niemi na wysokim koźle Onufry z czerwonym nosem, a nakoniec, sama pani w kapeluszu przypominającym kląb kwiatów.
Onufry strzelił z bata, stado kaczek spłoszone uciekło w stronę sadzawki, a kilka psów głośnem szczekaniem anonsowało przybycie Jaśnie Pani. Bo powiedziawszy nawiasem, w naszych poczciwych okolicach jest taki zwyczaj, że kto ma siedm włók gruntu, ten z natury rzeczy jest „Jasnym“ aż do dnia subhastacyi, i mieszka we „dworze“ aż do dnia, w którym osiada na bruku.
Kiedy Jaśnie Pani przywitana przez dzieci i domowników zatoczyła się do swego pokoju, a Onufry zatoczył powóz do wozowni, prawo autora pozwala nam otworzyć drzwiczki buduaru pani Markowej, i opowiedzieć czytelnikowi jak nasza jejmość wygląda.
Na jej twarzy znać jakieś zakłopotanie, widać że ma na myśli coś, co jej dolega, jakąś troskę, kłopot czy też kwestyą ważną, a do rozwiązania trudną.
Zrzuciwszy z siebie okrycie i kapelusz, zdjąwszy suknię odświętną, a przywdziawszy płócienkowy negliż, usiadła zadumana przy swej tualecie, a przymknąwszy powieki wsparła głowę na dłoni i utonęła w medytacyach, co nie było wcale dziwnem, ze względu na liczne jej potomstwo i nieodłączne od tej pociechy kłopoty.
Pani Markowa była niezwykle pełnej tuszy, wdzięki jej wybiegały daleko po za te formy, jakie przyroda kształtowi kobiety przeznaczyła, jej twarz była pełna i nadto rumiana, podbródki w ilości kilku egzemplarzy tworzyły wdzięczną harmonią z jej obliczem, na którem zresztą malowała się poczciwość i energia. W tej kobiecie były dwie sprężyny pobudzające ją do ruchu i działalności, a temi sprężynami było przywiązanie do dzieci i zamiłowanie w gospodarstwie.
Są typy śmieszne ale zacne i sympatyczne, bo ten element konieczny, który się w nich wyrobił, powstał z poczciwych i poczciwie przesadzonych chęci.
Do takich typów należeli państwo Chojnowscy. On dobry, poczciwy, pracowity gospodarz, kochał swoję żonę, i miłość dla niej objawiał przez bezwzględną uległość. Ona kochała go nie mniej, kochała dzieci do szaleństwa, i dla tej miłości robiła wszystko, co tylko macierzyńskie jej serce podyktowało.
Uczeni, którzy się znają na ludziach, i jakoś tam własności ducha człowieczego kombinować potrafią, powiadają, że serce błądzi częstokroć, jeżeli nie jest kierowane rozumem. Ależ miły Boże, skąd brać tego rozumu i jak go pojmować! Ileż to razy, to, co jeden nazywa rozumnem, drugi gani i chrzci brzydkim epitetem, i odwrotnie.
I pani Markowa podług skali swych pojęć miała rozum, postępowała rozumnie. I pan Marek tak samo. Sumienie ich własne nic im nie wyrzucało — pełnili swoje obowiązki; a chociaż można w ich życiu dostrzedz pewne niekonsekwencye, chociaż oboje byli śmieszni pod pewnemi względami, niemniej jednak stanowili parę poczciwą i zacną, która gdyby miała tyle oświaty i nauki, ile posiadała uczucia, serca i cnót domowych, byłaby podobno feniksem, mogącym służyć za wzór tym wszystkim uczonym, którzy piszą szerokie i mądrze obmyślane dzieła pedagogiczne.
Ale cóż, kiedy nie zawsze trafiają się szczęśliwe kombinacye uczucia i rozumu w jednej osobistości.
Zresztą, co nam po tych debatach, wplątały się one tutaj jak Piłat w Credo, i przerwały na chwilę gawędkę o losach państwa Marków, którąśmy rozpoczęli i mamy niekłamany zamiar zakończyć.
Gawędźmy więc.
Pani Markowa utonęła w marzeniach i myślach — i ani śliczny wieczór lipcowy, ani hałaśliwie traktowana na dziedzieńcu kwestya zajętego przed chwilą włościańskiego bydła ze szkody, nie mogła jej wyrwać z tego stanu spoczynku dla ciała a niezwykłej ruchliwości i pracy umysłu.
O czem marzyła, nad jakim debatowała przedmiotem?
Widzieliśmy przed chwilą Onufrego, co nam dowodzi, że zacny ten pracownik i specyalista hippiczny, powrócił z miasta, do którego onegdaj był wysłany — a stąd możemy łatwo przyjść do przekonania, że przywiózł pierworodka państwa Marków, i sprawunki ze sklepu.
Zapoznamy się później z tym młodym człowiekiem, który od najmłodszych lat okazywał szczególniejsze zdolności do rybołówstwa, rakołapstwa i bąkostrzelstwa, i dla tych sztuk wyzwolonych poświęcał naukę.
Obecnie jednak idźmy za myślami rodzicielki naszego bohatera, idźmy za temi dumkami, które jak nitki w ręku pracowitej prządki nawijają się na ostre wrzeciono. Wrzecionem w danym razie była przyszłość pierworodka.
Ta zawiła kwestya obserwowana przez pryzmat rodzicielskiego serca pani Markowej, przedstawiała się w kolorach jaskrawych i świetnych, ale jednak otoczonych mgłą jakiejś niepewności.
Kwestya synowskiego losu była w swoim rodzaju pewnem perpetuum mobile, nieprzestającem nigdy poruszać się w duchowej jaźni rodzicielki, i dającem jej powód do zastanawiań się, długich medytacyi i bezsennych nocy.
Nie mamy powodu mniemać, że pani Markowa była skłonną do rozmyślań w przedmiotach abstrakcyjnych, i nie mających związku z gospodarstwem domowem; ale też nic nie upoważnia nas do przypuszczeń, żeby kwestya synowska nie była jedną z największych kwestyi, jakie kiedykolwiek rozwiązywały się pod czepkiem pani Markowej.
Kwestya ta była tem ważniejszą, że łączyła się silnym węzłem z kwestyą losów całej młodej generacyi tego szczepu.
Bo chociaż nie śmielibyśmy posądzić pani Markowej o znajomość ułamków, matrona ta wiedziała jednak dobrze, że jeżeli Wólka w całości przedstawia nie wielką wartość dodatnią, to też Wólka podzielona przez ośm, i obciążona dożywociem rodziców, jest wielkością, jeżeli nie urojoną to ujemną, i korzyści przynosić nie mogącą.
Pani Markowa kombinując kiedyś w myśli ilość inwentarzy żywych, znajdujących się na gruncie Wólki i porównywając z ilością osobników rodziny, mających prawo do podziału, i czyniąc takowy podział w myśli, z uwzględnieniem praw żyjących rodziców, przyszła do takich rezultatów: że na każde z dzieci przypada jedna dziesiąta część konia wierzchowego, piąta cugowego, cały koń fornalski, 12½ owcy, 3¾ sztuk bydła rogatego, pół psa i 28 sztuk tego rodzaju inwentarza, którego miano niewiadomo z jakich logicznych powodów, nie przechodzi przez cenzurę towarzyskiej przyzwoitości.
Rozdzieliwszy w podobny sposób myślą grunta orne, łąki, lasy, nieużytki, młyn i dochód z propinacyi, pani Markowa, przyszła do tego smutnego przekonania, że potomstwo jej nie tylko nie będzie mogło imponować Rotszyldom, ale nie zaćmi nawet bogactwem skromnej firmy handlowej: „Pinkus Apfel und drei Söhne“, w sąsiedniem miasteczku.
I któż się zadziwi, że pani Markowa od niejakiego czasu niemogła sypiać spokojnie... że przed dwoma miesiącami wyprawiła list do brata mieszkającego w Galicyi, i że obecnie siedzi zadumana, milcząca, a poczciwe niebieskie jej oczy zapatrzone w jakiś punkt oddalony, nie dostrzegają nawet, że tłusty bury kocisko, z uciętym ogonem, gospodaruje w śmietance troskliwie zebranej na przyjęcie ukochanego brata, pana kapitana Władysława Pomian Iskrzyckiego.
Marzenia pani Markowej trwałyby dłużej jeszcze, przerwałyby się może dopiero z zachodzącem słońcem, gdyby nie gwałtowne ujadanie psów, turkot bryczki, i krzyk radosny wszystkich dzieci.
Jeszcze pani Markowa nie zdążyła zdać sobie sprawy z tego hałasu, gdy do jej sypialni wpadła jasno-włosa Magda, wołając:
— Proszę Jaśnie Pani, pan kopiton przyjechał.
— Nareszcie! zawołała pani Markowa, a po chwili na ganku, brat i siostra witali się po kilku latach niewidzenia.



III.

Wizyta na wsi tak jest niepodobną do wizyty w mieście, jak wieś niepodobną jest do miasta.
W mieście przyjeżdżasz przed kamienicę, i nikt niezauważy nawet przybycia twego ekwipażu — dzwonisz — otwierają ci, wchodzisz, i albo jesteś przyjęty osobiście, albo też obowiązki gościa przelewasz na kartkę wizytową, załamawszy jeden jej rożek.
Na wsi zupełnie co innego.
Skoro bryka lub powóz wyjedzie z lasu na wzgórek, jest już przedmiotem obserwacyi trzech małych gapiów, którzy pasąc rogaty lub nierogaty inwentarz przypatrują ci się zdaleka, dzieląc się pomiędzy sobą wrażeniami, jakie na nich sprawia żółty kolor bryczki, lub czerwona kierezya woźnicy.
Wjeżdżasz do wsi, musisz przejechać koło młyna i nie ujdziesz bystrego oka arendarza, który natychmiast z zadziwiającą biegłością i wprawą, oceni wartość twoich koni, bryczki, zaprzęgów, tłomoka, garderoby, i obliczy z fizjonomji maximum kredytu, jakim ci może usłużyć w razie potrzeby.
Nawiasem powiedziawszy, pachciarze i arendarze wiejscy, są to znakomici fizyonomiści — nie czytali oni co prawda Lavatera ani Galla, ale wielu z nich na twarzy szlachcica widzi wykaz hypoteczny jego majątku. Zdawałoby się, że ciężary, zobowiązania i służebności ryją jakieś tajemnicze znaki na obliczu hreczkosieja, hieroglify dla wszystkich nieodgadnione, ale dla pachciarzy i arendarzy widoczne.
Na drugi dzień, w czterech najbliższych miasteczkach, gminy izraelskie wiedzą do kogo przyjechałeś, po co, jaki masz interes, a jeżeli posiadasz prawną ewikcyą, to możesz być pewnym, że zawiązane zostały cztery spółki, celem pożyczenia ci pieniędzy, lub co na jedno wynosi, celem kupna zboża, któregoś jeszcze nie zasiał.
Minąwszy ten punkt obserwacyjny, jesteś już we wsi. Trzeba Wam wiedzieć, że każda wiejska ulica nie byłaby ulicą, gdyby nie miała na sobie łokciowego pokładu błota, tyle razy garnirowanego sosnową faszyną, ile razy jaka znakomitość z powiatu bywa spodziewaną. Każdy chłop jadący z ciężarem, przejedzie szczęśliwie wszystkie groble i mostki, ale uwiąźnie w błocie przed własną chałupą, a dopiero przebrnąwszy tę ostatnią trudność, może sobie z dumą powiedzieć „si finis bonus, laudabile totum,“ ale ponieważ cywilizacya nie doszła jeszcze do tego, żeby chłop z Podlasia miał mówić po łacinie, przeto właściciel wozu wybrnąwszy z błota, ogranicza się tylko na dobitnej i dosadnej klątwie mazurskiej, co w rezultacie prawie to samo oznacza co i łacińskie przysłowie.
Dla tych to przyczyn, ekwipaż twój nie może się przesunąć z szybkością ścigającego wiatry pustyni farysa — ale raczej, zmuszony jest toczyć się majestatycznie i powoli, jak wóz tryumfatora, a ty wraz z woźnicą, kiwasz się na wszystkie strony, irytując gromadę psów, która z głośnem szczekaniem odprowadza cię aż do końca wsi.
Wreszcie wydobyłeś się na szeroką lipami wysadzoną aleję, twój Bartłomiej lub Maciej zbiera krótko lejce, pali z bata dwa razy, a zacinając zlekka lejcowe konie, nadaje im pewną ruchliwość i fantazję, puszcza w lancady, znów strzela z bata i wyciąga dobrym kłusem, aby je potem z techniczną znajomością fachu, na miejscu przededworem osadzić.
Mały Kuba, jeden z licznych potomków kucharza, nie mając nic lepszego do roboty, bawił się z psem nieopodal od dworu na środku gościńca, skoro cię spostrzegł, zrywa się z piasku, i puszcza pędem wołając „ktoś jedzie,“ zasmolona Magda karmiąca przed kuchnią indyki, podchwytuje ten sygnał i biegnąc ku dworowi woła znowuż: ktoś jedzie!
Słyszy to siedząca w oknie panienka, i klaszcząc w ręce, wpada do pokoju siostrzyczek powtarzając to samo.
Wreszcie psy wybiegają przed wrota, i z głośnem ujadaniem biegną przy bryczce, powiększając wrzawę i zamięszanie ogólne.
Gospodarz domu oczekuje na ganku, ekwipaż wjeżdża na dziedziniec, jeszcze dwa wystrzały z bata, Bartłomiej osadza przed gankiem, a kury, kaczki, indyki i prosięta używające przechadzki po dziedzińcu, umykają w różne strony ku wielkiemu zdumieniu cielęcia, które obserwując tę wędrówkę zwierząt, apatycznie spogląda w koło siebie, jak gdyby chciało powiedzieć „vanitas vanitatis et omnia vanitas...“
Nie inaczej przyjmowano u państwa Chojnowskich, a przyjmowano tem serdeczniej, że gość przybyły czwórką spienionych dereszów, byłto ukochany, dawno oczekiwany brat pani Markowej, pan kapitan walecznej armji Austryackiej, Władysław Pomian Iskrzycki.
Całował go też pan Marek w oba policzki, koląc niemiłosiernie od tygodnia niegoloną brodą, ściskała pani Markowa, przytulając do piersi siostrzanej, cmokały po rękach dziewczęta i chłopcy, witając ukochanego wujaszka co dobre cukierki przywozi, i zawsze jak z puszki Pandory rozmaite osobliwości i zabawki z tłomoka wydobywa.
— Hej Onufry! wołał pan Marek, głosem dochodzącym do stajni przynajmniej o trzysta kroków odległej; Onufry, a wziąć tam do stajni konie pana kapitana — pójść do Jacentego do stodoły, niech przyjdzie po klucze — obrok wydać! — a ty Krakowiaku, dodał zwracając się do woźnicy pana Kapitana, przyjdziesz do kuchni, żeby ci jeść dali.
— Słucham jaśnie Panie, odpowiedział woźnica.
— Słuch a a a m! odzywał się ze stajni głos Onufrego, a wołanie to przypominało wyszłe dziś z użycia sygnały szyldwachów, lub nawoływania w lesie podczas obławy.
Potem pan Marek znów całował szwagierka.
— A mój drogi, jedyny, kochany; i znów przerywając to wylanie uczuć braterskich, zwracał się do służby, krzycząc:
— Magda, biegaj po kucharza... a mój Władysiu jedyny.., Maciek, a znosić rzeczy, gamoniu jakiś!
Opuśćmy tę scenę rozrzewnienia, niech ją czuły słuchacz w własnej duszy dośpiewa... przypatrzmy się kapitanowi.
Zrzucił z ramion burkę krojem płaszcza wojskowego zrobioną i odsłonił postać niewielką wprawdzie, ale czupurną i militarną.
W palonych butach, w krótkiej marynarce ze wstążeczką w guziku — wąs wykręcony węgierską pomadą, czupryna posiwiała cokolwiek ale jeszcze gęsta, krótko przystrzyżona, twarz pełna, rumiana i czerstwa, oko niebieskie, oto aktualny konterfekt pana kapitana.
„Oesterreichisch — ungarischer Militär,“ tak sam siebie lubił nazywać pan kapitan, który był sobie człowieczkiem dobrym, ale nie bez... ale.
Przedewszystkiem miał to ale, iż był Lwowianinem, i to Lwowianinem czystej krwi. Jak każdy prawie Lwowianin mówił bardzo głośno i bardzo niegramatycznie, i należał do wiecznej opozycyi. Są ludzie nigdy z niczego nie zadowoleni... pan Władysław wymyślał na sejmy, chociaż mandat deputowanego był jego marzeniem — nie cierpiał orderów, co wszelako nie przeszkadzało mu nosić w pętelce wstążeczkę czarną z białemi wypustkami, nienawidził tytułów, a lubił gdy go nazywano kapitanem, chociaż był tylko podporucznikiem Austryackiej piechoty.
Pan Władysław był pessymistą i wojownikiem — należał do wielu bractw i stowarzyszeń nabożnych, a klął po węgiersku, po niemiecku i po polsku. Miał się za człowieka pełnego odwagi, gdyż pamiętał różne bitwy w których nie brał udziału, miał się za uczonego i erudyta, gdyż czytywał „Dziennik Lwowski“ i „Szczutka.“ Pragnął słynąć jako agronom, gdyż był posiadaczem trzeciej części z czwartej części dóbr Sowie głowy w Tarnowskiem, spadłej na niego po ś. p. Hilarym Pomian Iskrzyckim, rodzonym a nieodżałowanym stryjaszku.
Zresztą, zbytecznem byłoby tutaj spisywać biografią pana Władysława, czem zaś był w chwili kiedy przyjechał do Wólki, świadczy bilet wizytowy, który pan Władysław zostawiał chętnie w przedpokojach lwowskich i krakowskich znakomitości, a którego wierzytelny odpis przedstawiamy:
„J. C. K. A. M. Wojsk Austro-Węgierskich 42-go regimentu piechoty, podporucznik w pełnej dymisyi

Władysław Pomian Iskrzycki.

Właściciel dóbr Sowie głowy
Orderu Korony Żelaznej kawaler.“
Cały ten tytuł, jakkolwiek bardziej długi niż imponujący — pewność w zdaniu, głos donośny i mina wojownicza — wszystko to w oczach pani Markowej podnosiło braciszka do takiej powagi, jaką nie cieszyła się chyba i nieboszczka Pythia, rzucająca wyrocznie z trójnoga.
Pani Markowa, ta potęga wobec swego małżonka, była nicością wobec brata, bo brat był dla niej autorytetem, wyrocznią, kwintesencyą doświadczenia, nauki i rozumu.
I cóż dziwnego, że poczciwa kobiecina, powodowana czystą miłością macierzyńską, nie śmiała sama zadecydować o losie ukochanego pierworodka, nie ważyła sobie zdania męża, rad i uwag księdza Symforyana, ale całe zaufanie położyła w mądrości Władzia.
Któż się zadziwi, że poczciwa pani Markowa, która oprócz napisania kilku kwitków na mięso, nie zgrzeszyła jeszcze żadnym literackim utworem, sama napisała długi list do brata, malując położenie rzeczy, i prosząc o jak najrychlejszy przyjazd i radę w kwestyi przyszłości kochanego Czesia.
Wprawdzie z listu siostry, pan Iskrzycki pomimo, iż czytywał Dziennik Lwowski, położenia rzeczy zupełnie nie zrozumiał, pojął jednakże to, że siostra wzywa go aby przyjechał. Będąc zaś w „pełnej dymisyi,“ i nie mając nic lepszego do roboty w Sowich-głowach, zapakował po wojskowemu swoje manatki, i po dwóch tygodniach jazdy, stanął szczęśliwie i zdrowo przed wrotami Wólki.
Był oczekiwany, ale też i przyjęty serdecznie — cały zapas najlepszych przysmaków ze wzorowej spiżarni pani Markowej był ustawiony na stole, pół tuzina kurcząt z krwi niewinnej złożyło ofiarę siostrzanej miłości, a dziewczątka uwijały się około stołu, usługując kochanemu wujaszkowi.
Ma się rozumieć, że o interesie, o celu dla którego pana kapitana sprowadzono i mowy nawet być nie mogło, gdyż strudzony podróżą Władzio, potrzebował przedewszystkiem zwątlone siły pokrzepić, i braterstwa o zdrowie i powodzenie wypytać.
Pan Marek wydobył z piwnicy dwie stare omszone bocianki, i tak jedząc, gawędząc o drożyznie robotnika, wysokiej opłacie od wódki, wygłaszając barbarzyńskie opinje na temat samorządu włościan, a zakrapiając to wszystko ożywczym napojem, ani się obejrzeli jak zegar z kukułką jedenastą godzinę wydzwonił i wykukał.
Pan Władysław w gronie rodziny nie żenował się wcale, i ziewnąwszy szeroko, powiedział:
— Trzeba iść spać.
Po tem dictum, nastąpiły pocałunki i życzenia dobrej nocy, a gospodarz ująwszy gościa pod ramię, zaprowadził go do swego pokoju, gdzie mu wygodne łóżko przygotowano, wyegzmitowawszy z tej przyczyny cztery stare chomonta, dwie banie z oliwą do maszyn, i cztery pęki postronków, co wszystko ułożone z pewną symetryą, zdobiło jeden kąt pokoju pana Marka.
Pokój ten powszechnie nazywano kancelaryą — kto go tak nazwał i dla czego? o tem kroniki pisane i tradycya milczy, widocznie jednak, miano to wynalazł jakiś złośliwy bardzo człowiek, dla tego chyba, że tam nigdy nic nie pisywano.
A — przepraszam, mimowoli popełniłem błąd, sam byłem świadkiem, że przed dwoma laty zawarto tutaj i spisano dobrowolną umowę pomiędzy Wielmożnym Markiem Chojnowskim, i Janklem Milchmacher spekulantem, o trzyletnie wydzierżawienie pachtu i propinacyi w dominium Wólka.
Tak, pokój pana Marka był rzeczywiście kancelaryą.
Ułożył się do spoczynku pan Władysław, legł odmówiwszy krótki pacierz pan Marek, zapalili sobie fajki do poduszki, pogawędzili parę minut, westchnęli na ciężkie czasy, a potem, kancelarya stała się przybytkiem głośnego chrapania, świadczącego że podróż zarówno jak krzątanie się przy gospodarstwie, bezsenności nie sprawia.
Tylko jeszcze w apartamencie pani domu światło nie zgasło, poczciwa matka tonęła w dumkach i marzeniach, i dopiero donośne pianie kogutów przypomniało jej, że to już północ, i że jutro o godzinie czwartej, minucie 28, wstanie jasne słońce, a z niem i ciemne czarnego życia kłopoty.


IV.

Dawno już w Wólce nie pamiętano takiego ożywienia i ruchu. Wschodzące słońce już wychyliło z za stodoły złocistą głowę, a promienie jego łamały się w brylantowych kroplach rosy na trawnikach i drzewach.
Pan Marek już pojechał w pole, donośny głos pani Markowej brzmiał w kuchni, a pan Władysław spoczywał jeszcze po trudach wczorajszej podróży.
Już Magda i Jagna, dwie freiliny pani Markowej, biegały ze dworu do kuchni i z kuchni do dworu, dźwigając na sobie góry wykrochmalonych spódniczek, czem wprawiały w zadumanie dwóch białych indorów, zostających w widocznem nieporozumieniu z kogutem.
Stary kucharz Bartłomiej w krwawych zapewne zamiarach, przesunął się przez dziedziniec z okrutnym nożem w dłoni i skrył się w zabudowaniach, a po chwili ostry, przeraźliwy krzyk ofiary, manifestował piąty akt jednego z tych dramatów, o których nikt nie pisze.
W kącie podwórza, stróż Walenty rąbał drzewo, panienki biegały tu i owdzie, służba obojga płci zwijała się na wszystkie strony, a sama pani, jak generał podczas bitwy, rozsyłała ordynanse kierujące całą kompanią gastronomiczną, przedsięwziętą dla ugoszczenia jutrzejszej kompanii.
Była to praca nie lada bo pani chciała wystąpić, a zdaje się że w planach szanownej gosposi leżała przedewszystkiem myśl, aby nikt z gości nie był głodny.
Nie był głodny.... pojęcie o głodzie inaczej bo wygląda na wsi. Jadają tam pięć razy na dzień, nie licząc owych przegryzek, przekąsek i zakąsek, konsumowanych chodzący lub stojący, po prostu tylko chyba dla zabicia czasu.
A cóż dopiero, kiedy liczna kompania ma zjechać, i cały Boży dzionek w gościnnym domu przepędzić. Nie lada też kłopot miała pani Markowa; ale że była specyalistką w swym fachu, w gospodarstwie domowem miała zaprowadzony wzorowy ład i porządek, a w wyprawie otrzymała jeszcze po prababce pozostałe dzieło kulinarnej treści, nie obawiała się przeto krytyki łaskawych sąsiadek, i zajęcie swoje traktowała z tą pewnością, która cechuje tylko artystów, posiadających znakomity talent i niesłychaną wprawę.
Wspomnieliśmy o dziele figurującem w inwentarzu wyprawy ślubnej pani Markowej. Nie od rzeczy będzie zatrzymać się na tym punkcie, ponieważ był to manuskrypt nader cenny, i pani Markowa nie oddałaby go za pół królestwa. Cała bowiem tradycya kuchenna dwóch niemal stuleci, przedstawiała się w nim w formie przepisów. Pani Markowa ceniła tę drogą spuściznę, komentowaną i dopełnianą przez prababki i babki, nie ze względu na jej archeologiczną wartość, ale dla niesłychanie ważnych poglądów na sprawy żywota w niej zawartych, i dla tego że już teraz nie rodzą się kobiety z takim duchem inwencyi i znajomością przedmiotu.
Na tytułowej karcie tego rękopismu, domowej fabryki inkaustem, dużemi literami wykaligrafowany był napis: „Thesaurus culinaris, albo gospodyniey wzorowey sekrety, w którym masz specimen ingredyencyey wszelakich, jako i według proporcyi słusznej do pieczenia, warzenia i smażenia zażywać się godzi; przytem w suplemencie znajdziesz sztuki tortarskiej i aptekarskiej sapientiam apteczki domowej nessessitates i różnych innych białogłowskich rzeczy obfitość.“
Ten tytuł, ze względu iż prababek naszych Alwara nie uczono, napisał zapewne jakiś pra-pra kawaler, aspirujący do antecesorki pani Markowej; a jak można wnosić ze stylu, działo się to jeszcze w owym cyklu historyi kulinarnej, kiedy smażono myszki na szałwii, gotowano czarną kapustę z rodzynkami, i pieczono kurów pozłocistych.
Cykl ten odpowiada owej epoce, w której spijano witpachery, rozekery, rywuły i małmazye, a bóle i dolegliwości leczono dryakwią wenecką.
Po tem naukowo-archeologicznem objaśnieniu, każdy z was przyzna zapewne, że gospodyni wykształcona na tak klasycznych wzorach jak zacytowane wyżej przepisy, musiała znać wybornie tajemnice swej sztuki, mogła śledzić za historycznym jej rozwojem lub upadkiem, i że mogłaby z całą znajomością rzeczy, napisać historyę filozofii kuchni.
Chociaż znaliśmy osobiście panią Markowę, nie mamy jednak świadomości, o tem z jakiego punktu zapatrywała się na ten przedmiot, ale to możemy utrzymywać na pewno, że nie darmo w trzech sąsiednich powiatach słynęła jako wzorowa gospodyni, i że sferoidalny ciałokształt tak jej, jak i jej małżonka, brał swój początek z owych właśnie szacownych i starodawnych przepisów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Już słońce było dosyć wysoko, już pan Marek powrócił z pola, a pani załatwiała się w kuchni, gdy pan Władysław otworzył oczy, a powstawszy z łoża, przywdział na pół militarny swój kostyum, i wszedł do stołowego pokoju, gdzie go wszyscy z kawą oczekiwali.
Pani Markowa wyprawiwszy dzieci, uznała że jest to właśnie chwila najstosowniejsza do rozmowy.
Nalała tedy bratu szklankę wyśmienitej kawy, która według zdania znawców, o wiele lepszą bywała w Wólce niż w Warszawie, i zaczęła rozwodzić przed bratem długie jeremiady o swych kłopotach. Przedewszystkiem uznała za stosowne podziękować ukochanemu Władziowi za to, iż był tak dobry i na jej wezwanie natychmiast przyjechał, poczem wypowiedziała mu cel, dla którego go wezwała.
W konkluzyi oboje małżeństwo oświadczyli, iż całą przyszłość pierworodka gotowi są powierzyć w ręce brata z zamkniętemi oczyma, ufając jego rozumowi i doświadczeniu.
Tę prośbę pani Markowa poparła wymownem wejrzeniem, a następnie serdecznym siostrzanym uściskiem.
Było to rozrzewniające tableau.
Pan kapitan w objęciach siostry, niby Mars w uścisku Cerery. A chociaż Mars był nadto szczupły, a Cerera zbyt pełna, jednak pan Marek zachwycał się tym obrazem miłości i zgody braterskiej — łzy rozrzewnienia potoczyły się po jego policzkach, nie mógł się oprzeć sercu, które go ciągnęło, i.... otworzywszy ramiona, objął jednocześnie żonę i szwagra, mówiąc półgłosem:
— Ty mój Władziu... ty jeden... zrobisz z niego człowieka.
Wszyscy którym nie obcą jest wiadomość, że obywatel ziemski ma wrodzoną skłonność do rozrzewniania i sprzedaży zboża na pniu, nie zadziwią się temu rozrzewnieniu pana Marka, tem więcej, że szło tutaj o losy pierworodka, o przyszłość tego, który kiedyś miał być luminarzem i podporą całej rodziny.
Była to piękna grupa.
Wreszcie spleciona w serdecznym uścisku trójka rozpadła się na trzy odrębne jednostki, i potoki wymowy popłynęły z pod wysmarowanych wąsów kapitana.
Przedewszystkiem pan Władysław podziękował za zaufanie, jakiem go zaszczycono, a następnie, wygłosił długą tyradę, w której wyraził, iż pokierowanie losami młodzieńca w dzisiejszych czasach, jest bardzo trudnem zadaniem.
Oboje państwo Markowie kiwali smutnie głowami, a w myśli ich przesunęło się jakieś ponure widmo przyszłości, ukazujące im w nieodległej perspektywie jeszcze czterech infantów, o których kiedyś trzeba się będzie kłopotać.
Dalej, pan Władysław, rozwinął szeroko rzecz o różnych zawodach, mówił o cukrownictwie i o najeżonem cierniami życiu artysty, o medycynie i o literaturze, wreszcie o wielu innych powołaniach i zawodach dających chleb i utrzymanie.
W końcu zaś, zapytał o charakter i usposobienie chłopca, oboje jednak rodzice przyznali się w szczerości ducha, że niebadali swego pierworodka pod względem psychicznym, i że młody ten człowiek nigdy nie objawiał szczególniejszego zamiłowania do jakiej specyalności.
— To tylko Ci powiem mój Władziu, rzekł pan Marek, że strzela jak stary, i preferansa wcale nieźle rozumie.
Nie zadowolnił się jednak tą odpowiedzią pan Władysław, i prosił siostry, żeby go na parę godzin sam na sam z chłopcem zostawiła, a już on usposobienie Czesia wybada, i ostatecznie zadecyduje do czego ma największe zamiłowanie, czy do gospodarstwa, czy do handlu lub przemysłu.
— O co idzie, rzekł pan Marek, każę wam okulbaczyć konie, jedź z chłopakiem w pole, nagadasz się z nim i zobaczysz, że siedzi na siodle jak przyszyty... aż się dusza raduje jaki sprytny do koni.
— Dobrze, odpowiedział pan Władysław, a że co z głowy to i z myśli, więc jedźmy zaraz.
Matka nie oponowała, i rzecz była postanowiona bez apelacyi.
Zanim jednak Onufry przyprowadził dla pana Kapitana wierzchówkę, a dla Czesia lejcowego bułanka, zanim odnaleźli naszego bohatera, który się ani domyślając ważności chwili, wdrapał się na stodołę, aby tam studjować tajemnice architektoniczne bocianiego gniazda; pan Kapitan napił się wódki, zjadł przyzwoitą porcyę szynki i suszonych śliwek na rożenkach, i jeszcze z kwandrans pogawędził ze szwagrem.
Poczem na dziedzińcu zjawił się Czesio, wskoczył na bułanka, i pukając do okna zawołał.
— No, wujku, jedziemy...
Wujek siedząc już na siodle, rzekł do siostry.
— Tylko wrócimy, zaraz ci powiem.
Wreszcie wyjechali za wrota.
Już pan Władysław miał otworzyć usta, aby rozpocząć badanie, gdy Czesio skrobnąwszy prętem bułanka, zawołał.
— Ścigajmy się wujku!..
I zniknął w tumanie kurzawy.
— Dzielny chłopak, pomyślał pan Kapitan, i spiąwszy wierzchówkę pomknął za swoim siostrzeńcem.
Wpadli jak szaleńcy do lasu.
— A co wujku, dobra kasztanka? zawsze na niej jeżdżę z chartami, jak ojca nie ma w domu, bo ten bułanek potyka się trochę i nie lubię na nim jeździć.
— Słuchajno Czesiu!
— Słucham wujka.
— Wróciłbyś się do szkół?
— Niech je tam licho....
— A cóż ty będziesz robił?
— Będę w domu siedział.
— Ale was dużo, a ojcu ciężko, trzebaby pomyśleć o swoim kawałku chleba.
Czesio zatrzymał konia.
— Czemże ty będziesz?
Czesio milczał.
— Może sobie obmyśliłeś jaki zawód... co, nie?
— Nie —
— A czemże byś chciał być?
— Eh! jaki wujek nudny! a ja chciałem wujkowi pokazać.... upatrzyłem tutaj w łozie dzika.
— Przemyślny chłopak, pomyślał pan Władysław.
— A poszedłbyś ty do fabryki?
— On już tutaj siedzi trzy dni, wieczorem wychodzi na kartofle... i znów wraca...
— Co niepodoba ci się fabryka?...
— Ale ja go codzień wypatruję jak wraca, i trzymam go tu dla wujka, jutro zrobimy na niego polowanie.
— Ale jakże z fabryką...
— O!-o-o — widzi wujek, tutaj jest świeżuteńki ślad — widać do dnia musiał wracać z kartofli.
Egzamen szedł trudno, wreszcie na ostateczne zapytanie wuja co do fabryki, Czesio kiwnął głową, poczem zaczął opowiadać o nowowynalezionych przez siebie żelazach, w które już cztery kuny złapał, a piątą z pewnością będzie miał dzisiejszej nocy.
Czesio mówił z zapałem i z techniczną znajomością rzeczy, pan Władysław unosił się w duchu nad pomysłami siostrzeńca.
Gawędząc w ten sposób, wracali powoli ku domowi.
Wujek dowiedział się o różnych trutkach, sidłach i wabikach, co go tak dobrze usposobiło, że przyjechawszy przed dom, zsiadając z konia, rzekł do oczekującej go siostry.
— To będzie znakomity przemysłowiec.
Los chłopca był zadecydowany stanowczo.


V.

Wznosiły się tumany kurzawy na szerokim lipami ocienionym gościńcu, opadały, znowu się wznosiły jak białawe i lekkie obłoki, turkotały landary, bryczki i żółte wózki węgierskie.
W znanej nam Wólce, pan Marek, uczciwie jak gospodarzowi przystoi gości w progu witał, całując panie i panny po rączkach, a szanownych sąsiadów w policzki. Gorący to wieczór był, więc się łysina poczciwego hreczkosieja więcej niż zwykle świeciła, a mantynowa chustka na szyi zawadzała mu widocznie, gdyż ją często ruchem ręki i głowy poprawiał. Przed każdym pocałunkiem wąsy sobie porządnie fularem obcierał, a kłaniał się, a ściskał, i przyjmował z otwartemi rękami.
Bo niech tam co chcą mówią, ale na Podlasiu są bardzo gościnni ludziska, i jeżeli nie jesteś wierzycielem, komornikiem lub sekwestratorem, to możesz być najpewniejszym, że cię przyjmują nie obłudnie ale po staroświecku i serdecznie, wedle starego przysłowia: „czem chata bogata, tem rada.“
Goście przyjeżdżający do Wólki przyjmowani byli podwójnie: na ganku przez samego pana Marka, a w tak zwanym salonie przez gospodynię domu. Skoro się tylko drzwi otwierały pani Markowa z nieopisanym wdziękiem i uprzejmością podnosiła się z kanapy, witając pocałunkami dostojne matrony i dorosłą progeniturę żeńską i podając tyle razy do pocałowania własne pulchniutkie rączki, ile razy wąsaty szlachcic schyliwszy się nisko, witał ją słodkim i mile brzmiącym komplementem. Pan kapitan, obok siostry, znajdował się w salonie, a dziewczątka uwijały się pomiędzy gośćmi, szeleszcząc perkalikowemi świeżo wykrochmalonemi sukienkami, świadczącemi o guście pani Markowej do kolorów różowych, i deseni w kwiatki.
Ciche ściany dworku zaczęły się ożywiać, rozmowa szła dość gwarno, a gości przybywało coraz więcej.
Taką samą koleją jak powiedzieliśmy wyżej, przyjętym został ksiądz Symforyan, proboszcz, z młodziutkim księdzem Hipolitem wikarym, znakomitym kaznodzieją i spowiednikiem ulubionym przez żeńską populacyą parafii, dla wysokich cnót teologicznych i niezwykłej bladości oblicza.
Tak samo przyjętym został jednooki pan Maciej z Woli Wrzeszczącej, człowiek zasłużony a nawet podobno członek jakiegoś zagranicznego towarzystwa, stary kawaler i mizantrop. Nie inaczej, a tylko z większą może estymą przyjęto i państwa Gzubskich z Wilczego Dołu. Ta arystokratyczna rodzina, której głowa, to jest pan Romuald Gzubski, był przed dwoma laty prezesem komitetu budowy mostu stałego na rzece Krznie, która już od roku wyschła, używała w powiecie ogromnej wziętości. Jakkolwiek pan Romuald ukończył już dawno prace w komitecie jednak sąsiedzi zostawili mu tytuł prezesa, który zdobi aż po dzień dzisiejszy całą rodzinę właściciela Wilczego Dołu, i nadaje jej pewne prawo do wygłaszania przekonań arystokratycznych i ostrego gromienia wszystkiego, co tchnie przeciwnym żywiołem. Nie potrzebujemy dodawać, że panią prezesową sadzano na kanapie, miała ona potemu wszystkie prawa, prawa poniekąd nawet uświęcone zwyczajem, gdyż i w świątyni pańskiej zasiadała zawsze w tak zwanej ławce kolatorskiej, a podczas procesyi kroczyła tuż za baldachimem podtrzymywanym dostojną prawicą szanownego prezesa.
Oprócz rodziny państwa Gzubskich, przybyła także nie mniej znakomita rodzina państwa Sapajłów, od niepamiętnych czasów rywalizująca z Gzubskiemi o palmę pierwszeństwa co do arystokratycznego pochodzenia i godności. Sam pan Sapajło, herbu Miechy, pochodził z arystokratycznej rodziny, a ten splendor podniosła jeszcze jego małżonka z domu Trzeszczakówna. Pan Sapajło był, wprawdzie już bardzo dawno, ale był niewątpliwie, marszałkiem szlachty w powiecie Rosieńskim, w owych czasach kiedy jeszcze mieszkał na Litwie. Później, w skutek różnych okoliczności przeniósł się na Podlasie, i osiadł w nowo nabytej wiosce Patyki Wielkie, osiadł tam wraz z małżonką i dorastającym synem, a pomiędzy innemi rupieciami przywiózł ze sobą i tytuł marszałka, z którym się tak zrósł, że gdyby kto zawołał na niego po imieniu, nie byłby się nawet obejrzał.
Niczem nienawiść Montekich i Kapuletów, w porównaniu z rywalizacyą Gzubskich i Sapajłów, a los który jest bardziej ironiczny niż wszyscy satyrycy od początku świata, obdarzył pana Gzubskiego córką, a pana Sapajłę synem, jakby pragnął okropności werońskiego dramatu odegrać po raz drugi na cichem i spokojnem Podlasiu.
To jednak trzeba przyznać, że obaj naczelnicy tych znakomitych rodzin odznaczali się niezwykłemi zdolnościami politycznemi, a żywiąc ku sobie wieczną nienawiść, nie szczędzili jeden dla drugiego komplementów i zapewnień dozgonnej życzliwości.
I czyż mogło być inaczej — czyż mąż dostojny i poważny, może uzewnętrznić na swem obliczu jakąś pospolitą małostkę, lub uczucie zazdrości, tak niewłaściwe dygnitarzom piastującym wyższe obywatelskie urzędy.
I teraz gdy pan Marek jeszcze nowych gości przyjmuje, pan Gzubski z panem Sapajło w najlepszej na pozór harmonii opowiadają sobie różne wiadomości najświeższe, i wnioskują o przyszłości Europy, nie oponując przeciwko temu, że pan Albin Sapajło rozmawia pocichu z panną Eufrozyną Gzubską, pieszcząc w ręku akurat taki sam ponsowy gwoździk, jaki tkwi w kruczych warkoczach panny prezesównej.
Towarzystwo podzieliło się na kółka, matrony gwarzą między sobą, panienki chichoczą po cichu, zerkając z ukosa na ogorzałych mołojców, a poważni mężowie otoczyli pana kapitana słuchając dziwnych opowieści, osnutych na tle życia obozowego, politycznego i agronomicznego. Nie potrzeba dodawać, że w tych opowiadaniach pana Kapitana nie było tyle prawdy, ile fantazyi i krasomówczego zapału, ale poczciwi zaściankowicze słuchali z głęboką wiarą, a pan kapitan w ich przekonaniu, był osobą o wiele rozumniejszą i doświadczeńszą, nawet od ex-prezesa Gzubskiego, i ex-marszałka Sapajły. Odrazu tedy zaczęli tytułować pana kapitana pułkownikiem, i ten awans wydał im się tak naturalnym i koniecznym, że uważaliby za zbrodnię, mianować inaczej pana Władysława.
A pan Marek przyjmował jeszcze na ganku panią Sędzinę Bociankiewiczowę, wdowę, z synem i dwoma córkami, dziedziczkę Bagienka i Zabłoconej Wólki — pana Jacentego Wścieklickiego z Szalejówki — państwa Płakalskich z Trzęsionego i inne kwiaty, łodygi i liście okolicznego obywatelstwa.
Gdy szary zmrok zapuszczał ciemną zasłonę na malownicze okolice Wólki, całe towarzystwo było zgromadzone w komplecie, a gospodarz wmięszał się do grona gości — kielichy krążyły gęsto nietylko pomiędzy mężczyznami, ale nawet eteryczne boginie kanapy, maczały różowe usteczka w ożywczym płynie, wynalezionym przez Noego w okolicach Araratu, uprawianym w Węgrzech, fabrykowanym w Kozienicach, a sprzedawanym we wszystkich miasteczkach Podlasia.
Przy trzech stolikach grano w karty. Jeden z panów Bociankiewiczów grał na fortepianie mającym nierównie więcej lat wieku niż klawiszów, a chociaż niektóre struny tego instrumentu dotknięte były nieuleczonem kalectwem, chociaż lewy pedał piszczał niemiłosiernie za najlżejszem dotknięciem a pan Bociankiewicz nie grał tak jak Liszt lub Rubinsztein, niemniej jednak nikt nie mógłby zaprzeczyć że muzyka była.
A taka przytem panowała ochota i prawdziwa wesołość, tak zamaszyście tańczono, że kiedy pan Bociankiewicz zagrał skocznego mazura, to nawet poważna i wielce korpulentna pani prezesowa Gzubska nie oparła się ogólnemu prądowi uciechy i nie odmówiła młodemu panu Sapajle, który w skutek wyższych polityczno-matrymonialnych kombinacyi z uszanowaniem i galanteryą zaprosił ją do skocznego tańca.
Kroniki powiatu twierdzą, że był to jeden z głębiej i praktyczniej obmyślanych planów młodego Sapajły.
Mówią, że „przez świętych do Boga, przez ludzi do ludzi,“ dla czegożby nie można przez mamę do papy, i czyżby nienawiść naczelników rodzin nieprzyjaznych, nie mogła być skruszoną przez łagodny i miękki wpływ wszechwładnej woli kobiecej.
Wy mieszczuchy, którzy grymasicie, gdy wam w obszernych salach resursy gra wyborowa orkiestra, wy znudzeni paniczykowie, szukający Bóg wie czego i goniący za niczem, wy którzy umiecie ziewać i nudząc siebie nudzić niemiłosiernie drugich, idźcie na Podlasie, idźcie do Wólki, a zobaczycie jak się ludzie bawią i weselą.
Wprawdzie młodzież tamtejsza nie ma na nosie szkieł, i nie jest tak idealnie wybladła, panienki nie malowane i bez piramidalnych koków na głowie, orkiestra nie wyszukana, ale jakaż tam wesołość, i jak się ona naturalnie objawia. — Kiedy idzie mazur, to aż się szyby trzęsą, i aż „ziemia dudni!“
Ciepło mierzy się termometrem, aksamit łokciem, a zabawa towarzyska usposobieniem kanapy. Bądźcie przekonani, że jeżeli matrony na kanapie drzemią zabawa idzie ospale i leniwo, jeżeli tylko ziewają, to już lepiej, ale gdy same ożywią się i przyjmą czynny udział w zabawie, to możecie być pewni, że wesołość doszła do swego maximum.
Tak też było i w Wólce, pani prezesowa, marszałkowa, sędzina, pani Płakalska i sama nawet pani Markowa, przypomniały sobie dawne czasy i tańczyły na zabój, jak to było za lepszych wiosennych dni życia...
Może w owej chwili nie jedna z nich przypomniała sobie jaki przyjemniejszy epizod z własnego życia, niejednej z nich serce przyspieszonem uderzyło tętnem, a przez myśl przebiegła przelotna uwaga, że za owych czasów inna była młodzież.
Tę ochoczą zabawę i refleksye matron na temat zmiany czasów i ludzi, przerwało uprzejme wezwanie gospodarza do kolacyi.
Była to już godzina blisko druga z północy, niedługo na szarym horyzoncie miała zabłysnąć jasna zwiastunka przedświtu, koguty piały na grzędach, a w oknach dworku jaśniały rzęsiste światła, oblewając różowym blaskiem biesiadników, zgromadzonych przy wspólnym stole wieczerzy.
Pan kapitan Iskrzycki powstał z krzesła, i napełniony kielich wznosząc do góry, rzekł:
— Panowie! obywatele i sąsiedzi zacnego a ukochanego mego szwagra! W imieniu gospodarza tego domu, niech mi wolno będzie podziękować za zaszczyt jakiście mu sprawili, gromadząc się tak licznie w tem miejscu, gdzie obecność Wasza tak bardzo pożądaną była.
— Panowie! wielu z was piastowało wysokie obywatelskie urzędy...
Na twarzach pana Gzubskiego i Sapajły, przemknął lekki uśmiech zadowolenia.
— I ze wszystkich włożonych na was obowiązków, wywiązywaliście się godnie, i nie zdradziliście położonego w was zaufania...
Szmer zadowolenia ogólny.
— Dzisiaj, gdy ważna kwestya dla rodziny Chojnowskich rozwiązuje się pod tą niziuchną strzechą, umyśliliśmy wezwać rady waszej, a światłe zdania ludzi zacnych i praktycznych przyjmiemy z wdzięcznością.
Niektórzy z obecnych chcieli już płakać.
— Przedewszystkiem jednak, panowie, zanim przystąpimy do systematycznego zbadania kwestyi, pozwólcie, abym tym oto kielichem spełnił zdrowie zacnego obywatelstwa powiatu w ogóle i zdrowie obecnych w szczególności.
Tu pan Iskrzycki zatrzymał się i kielich do dna wychylił.
— Wiwat pułkownik Iskrzycki!
— Wiwat kochany pan Marek!
— Wiwat! niech żyje!
Pan Sapajło korzystając z zamięszania, uchwycił kielich i uprzedzając podobny zamiar prezesa Gzubskiego, zawołał:
— Panie pułkowniku! Takoż nie ubliżając nikomu, jużmy różne różności widzieli, a w siakich i takich cyrkumstancyach bywszy, dziwnego dziwa napatrzyli się dosyć, a jak nad Lidą, tak i tutaj nad Krzną, która wyschła, chociaż sam pan prezes Gzubski most na niej budował, zawsze byliśmy gotowi dla sąsiadów do rady, i nigdy nie odmawiali serdecznym zaproszeniom...
Pan prezes nie wytrzymał i korzystając z tego, że Sapajło odchrząknął, zabrał głos, nie pozwalając antagoniście dokończyć.
— Szanowny marszałek Sapajło, chociaż nietylko na Krznie ani na Lidzie mostu nie stawiał, ale nawet grobli zepsutej w Patykach Wielkich nie każe zreperować, i koniom nogi łamie w całej okolicy, dosyć trafnie wyraził myśl wszystkich obecnych tu ziemian; — tak, jesteśmy gotowi służyć na każde żądanie łaskawych państwa Chojnowskich, i co będzie w naszej mocy....
— No, rzekł pan Sapajło, tylko już ta grobla w Patykach, nie w mocy pana prezesa i ja....
— Panowie, rzekł proboszcz, nie chciejcie psuć harmonii i zgody... przecież nie o groblę tu idzie...
— Tak, rzekł pan Iskrzycki, idzie tu o tę groblę, po której młody potomek rodu Chojnowskich, powinien dojść do zaszczytów i mienia. Panowie! oto przed wami staje najstarszy syn państwa Marków, znany wam, pan Czesław Chojnowski.
— Wstań Czesiu, rzekła do łez rozczulona pani Markowa, a na rozkaz matki, bohater nasz trzymając w prawej ręce udko indycze, a w lewej widelec, powstał, i ukłoniwszy się zajadał dalej stojąc, i nie zwracając wiele uwagi na wymowę wujaszka.
— Panowie, ta grobla pełną jest wyboi, na których szczerbią się koła, i łamią dyszle i osie człowieczego życia, a nie lada jakiej faszyny rozumu potrzeba, aby ją uczynić gładką i do przebycia możliwą...
— Ależ mówi jak ksiądz, szepnęła sędzina do marszałkowej, a panowie słuchali w milczeniu.
— Przy dzisiejszych trudnych czasach, gdy za parę żyta i pszenicy nie dadzą więcej jak sześć rubli, gdy gospodarstwo skrępowane uciążliwościami źle zrozumianego postępu, nie daje nawet dziesięciu procentów z kapitału czy podobna jest myśleć, aby agronomia zapewniała przyszłość?
— Nigdy... nigdy — odezwały się głosy.
— Kilku z panów powiedziało, że nigdy, była to uwaga trafna, i godna ludzi myślących, zaiste że nigdy. Cóż tedy pytam, pozostało dla obywatelskiego dziecka? jakaż jest nitka, która może wyprowadzić z tego labiryntu...
Wszyscy milczeli.
— Milczycie panowie!... śmiem przypuszczać, że nie widzicie tej nitki... Jest ona jednak, a nią jest przemysł.
— Przemysł! powtarzano ze wszech stron.
— Badałem umysł tego młodzieńca, uciemiężony niesprawiedliwością nauczycieli, opuścił gimnazyum, gdyż duch jego może zaprowadzić go dalej, niż ciasna szkolna rutyna.
— Ukłoń się, szepnęła matka, trącając chłopaka pod stołem, skutkiem tego ten upuścił widelec, i przerwał na chwilę mowę wujaszka.
— Panowie! krótko mówiąc, poddaję światłemu sądowi waszemu pytanie, czy będzie korzystnie dla rodziny i chłopca, oddać go do cukrowni, aby tam wykierował się na dyrektora, a w przyszłości może i na właściciela tego korzystnego interesu.
— Oddać, oddać! wołano ogólnie.
— Śliczny interes.
— I może być dyrektorem.
— I może się ożenić.
— I wziąść fabrykę...
— Panowie, rzekł pan kapitan, nie znajduję pomiędzy wami opozycyi, widać że mój sposób myślenia, który został przyjęty przez rodziców, zyskuje waszę aprobatę. Panowie! pochlebia mi to i jestem wam wdzięczny.
Powstał pan prezes Gzubski i zabrawszy głos, powiedział.
— Panie pułkowniku! nietylko szczerze radzimy chwycić się tej drogi, ale nawet dzieci nasze skierujemy na nią, gdyż przekonywające argumenty szanownego pana wpoiły w nas to przekonanie, że tylko w przemyśle spoczywa przyszłość pokoleń! Dlatego w chwili obecnej nie pozostaje nam nic innego jak spełnić zdrowie przyszłego dyrektora cukrowni.
— Wiwat niech żyje przemysł!
— Niech żyje dyrektor!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kiedy już jasne słońce zbudziło ludzi do pracy, w pokojach dworu Wólki spoczywały matrony i dziewice, areopag zaś męzki po trudach rozmyślań, debatów i picia legł na świeżem sianku w stodole.



VI.

Była już jesień.
Piękna ta pora roku, przynosząca ludziom złote ziarna zboża i smaczne owoce, miała się ku końcowi, zasępiając od czasu do czasu jasny horyzont niebios szarą chmurką... lub też unosząc ponad polami długie białe nitki, zwane babiem latem.
Niech co chcą mówią ludzie, ale jesień, to najpiękniejsza pora roku, bo wiosna nierozdzielonym węzłem złączona jest z przednówkiem, lato jest porą sianokosów i żniwa, a przez to potrzebuje massę drobnych na wypłatę robotnikom, a jesień złota jesień, napełnia puste stodoły i kasę rolnika, opustoszałą podczas dwóch pór poprzednich.
Nie potrzebujemy dodawać, że niniejszy pogląd na pory roku, jest skreślony z tego punktu widzenia, z jakiego zapatrują się zacni nasi pracownicy ziemi — ci poczciwi ludzie, których życie jest nieustającem pasmem operacyi finansowo-kredytowych, tranzakcyi zbożowych podług kursów przyszłości i układów z bankierami jeżdżącymi na dwukołowym wózku, zwanym pospolicie biedą.
Dla ludzi oddychających świeżem powietrzem wsi, jesień ma jeszcze wiele innych przymiotów, z których najwyraźniejszym jest ten, iż projekty wiosenne i letnie jeżeli urzeczywistniają się kiedy, to tylko w jesieni.
Wszystkie ważniejsze sprawy rodzinne zależne od stanu funduszów, wtedy najczęściej załatwiać się pozwalają.
I pora ta nietylko wywiera wpływ na tak zwanego obywatela ziemskiego, osiadłego na małym lub średnim folwarczku, ale i w życiu kmiecim gra rolę bardzo ważną. Kto miał sposobność przeglądać statystykę małżeństw wieśniaczych, ten nie mógł zapewne nie zauważyć, że najwięcej związków zawiera się w Październiku i Listopadzie. Jest to zresztą bardzo naturalnem, w tej bowiem porze każdy kmieć ma już zgromadzone na całą zimę zapasy, i pierwsze chwile małżeństwa może przepędzać bez wielkiej troski o tę alfę i omegę wszelkich dążeń człowieka, to jest o chleb powszedni.
I dla naszego bohatera jesień na swoich skrzydłach miała przynieść ową godzinę, w której musiał opuścić malownicze okolice Wólki, i powędrować między ludzi obcych, daleko, aby wedle postanowienia rodziców, rady wujaszka i sąsiadów, pracować na owoce, które miał kiedyś w przyszłości spożywać.
Pani Markowa już od owego wieczoru od owej pamiętnej kolacyi, na której tak się podochocono, że nawet prezes Gzubski całował marszałka Sapajłę, żyła tylko jedną myślą.... myślą zobaczenia kiedyś Czesia dyrektorem fabryki.
Nieraz we śnie widziała obrazy piękne i zachwycające. Śniło jej się, że przyjechała w odwiedziny do Czesia, że przyjmował ją w eleganckim apartamencie, że przychodzili do niego podwładni po dyspozycye, a on im rozkazy wydawał głosem donośnym. Bo i dlaczegoż miałby mówić cicho, kiedy jest dyrektorem a jego żona dyrektorową?... I śniła dalej pani Markowa, jak pieściła wnuków i wnuczki, a potem wracała do domu, wioząc kilkanaście głów pysznego rafinatu synowskiej roboty, dla siebie i sąsiadów, wioząc cały worek cukru lodowatego i owsianego dla dzieci, wyobrażała sobie, jak to wszystko rozdawać będzie, i jakie pochwały dla Czesia swojego usłyszy....
Poczciwa matka, onaby i świat cały cukrem rada była zasypać, aby tylko dla swego pierworodka pochwałę usłyszeć, aby każdemu z dumą powiedzieć mogła: to mój syn, moja pociecha, mój dyrektor.
Z tych marzeń budził panią Markowę zegar z kukułką i zwykłe codzienne kłopoty, przy których umiała jednak ta kochająca matka śnić na jawie i prząść dalej nitki marzeń złotych, nitki długie, błyszczące, które dla niej nigdy końca mieć nie mogły.
Zbliżała się chwila stanowcza, godzina odjazdu. W wilią tego dnia, ksiądz Symforyan mszę na intencyą Czesia odprawił, i około godziny 11-ej powrócono do domu. Pan Marek zajęty był dyspozycyami, które wydawał Onufremu, zajęty był liczeniem pieniędzy na drogę i myślą o tem, aby w trzydziestomilowej podróży niczego nie zabrakło, aby nic po drodze nie kupować, ale mieć wszystko z sobą, jak porządnym ludziom przystoi.
Na wspólnej naradzie jaką między sobą państwo Chojnowscy odbyli, postanowiono, że matka Czesia do cukrowni odwiezie, i z tego tytułu miał pan Marek większy kłopot — gdyż wyprawienie żony w podróż tak daleką, wymagało sporo zachodu, i składało na jego barki całe brzemię gospodarstwa kobiecego podczas jej nieobecności.
Pan Maciej z Woli Wrzeszczącej, człowiek bywały i mający bardzo rozległe stosunki, napisał do dyrektora cukrowni list po niemiecku, w którym rekomendował Czesia jako dobrego i pracowitego chłopca, upraszając o przyjęcie go do fabryki, oraz o ojcowską opiekę, i nadzór nad ukochanem dzieckiem swojego sąsiada.
Z tym to listem, pieniędzmi i Czesiem, miała pani Chojnowska opuścić Wólkę, i ruszyć w daleką drogę, aby zacząć budować fundament synowskiej przyszłości.
Pan Kapitan dawno już odjechał do Sowich-Głów, i od owej pory jeden tylko list napisał do siostry, zachęcając ją do wytrwania w powziętem postanowieniu, i radząc, aby je o ile można najprędzej przyprowadzić do skutku.
I tak się wszystko złożyło jakoś powoli, że wyjazd o którym sąsiadki powątpiewały potrochu, nieodwołalnie miał nastąpić. Dzień na to przeznaczony był ma się rozumieć dniem sobotnim, gdyż pan Marek szedł za tradycyą, a ta tradycya zwyczajów podlaskich, nakazywała wszystkie ważniejsze przedsięwzięcia rozpoczynać w soboty.
W sobotę tedy rozpoczynano w Wólce orkę, siew, sianokosy i żniwa, w sobotę wyjeżdżał pan Marek do miasta gubernialnego płacić podatki i robić sprawunki, w sobotę brał ślub, jednem słowem, wszystko co ważne rozpoczynał. Jeden był tylko wyjątek. Jeśli wypadło mu sprzedać zboże, lub pożyczyć pieniędzy, to tego nie czynił w sobotę, stosując się w tym razie, jak i każdy szlachcic, do przepisów mojżeszowych, które obywatel ziemski volens nolens do pewnego stopnia obserwować musi.
Już w piątek wieczorem Onufry miał nasmarowaną brykę, konie dobrze nakarmione, wór z obrokiem gotowy i tak obficie napełniony, ażeby mógł na cały tydzień wystarczyć. Tłomok z rzeczami i całą wyprawą Czesia również był zapakowany i zapięty, tylko jeszcze pani Markowa lokowała w pudełku kapelusz przypominający klomb z ogrodu botanicznego, a kucharz Jacenty układał zapasy żywności w ogromnej kobiałce.
Nazajutrz miano ze wschodem słońca wyruszyć, przeto nie zasiadywano się długo i wszyscy poszli spać nie wyłączając Czesia, który miał wielką ochotę zajrzeć jeszcze do psiarni i do stajni, aby pożegnać na długo Zagraja, Arfę i Dogonia, z któremi tyle chwil przyjemnych w lesie przepędził, aby pożegnać deresza i kasztankę, a nawet i bułanego, który chociaż się potykał, miał jednak dla naszego bohatera więcej widoku, aniżeli owo dyrektorstwo in partibus in fidelium, w które wszyscy wierzyli, a o którem tylko on jeden.. powątpiewał.
Wszyscy zasnęli, wszyscy marzyli, i naturalną rzeczy koleją, obudzili się wszyscy.
Jasne słońce oświeciło scenę pożegnania odbywającą się na ganku, ptaszki słyszały odgłos pocałunków i płacz młodszej generacyi państwa Chojnowskich. Wreszcie pani Markowa z Czesiem zasiadła na bryczce, Onufry się przeżegnał, śmignął biczem na krzyż, i ruszył wolnym kłusem.
Po chwili, Wólka i cały obrazek rodzinnego gniazdka zniknął z przed oczu Czesia, a każde drzewo przy drodze zdawało mu się jakiemś fatalnem widmem, wydzierającem go z ukochanego ustronia, rzucającem w jakąś tajemniczą przepaść, zwaną przyszłością.
Dyrektor in spe zapłakał. Zapłakała i matka wzruszona łzami dziecka, a stary Onufry przez długoletnią służbę upoważniony niejako do pewnej familiarności, odwróciwszy się do państwa, powiedział:
— Bo i po co, przez urazy Jaśnie pani, — wywozić panicza do tych ta niemców, co nie przymierzając, kiejby żydy szwargoczą a może nawet, Panie odpuść, i nie chrzcone bestye....
Pani Markowa pod wpływem rozczulenia i łez synowskich, stała się skłonną do zwierzeń.
— Bo widzicie, rzekła — panicz się tam wyuczy, a potem będzie miał swoją fabrykę, i będzie bogaty.
— Ha, cóż, ja tam moim głupim rozumem tego sobie rozkalkulować nie umiem, światu nie widziałem, tylko zawdy przy tych koniskach, ale mnie się widzi, że to jakoś dla panicza nie pasuje.
— Dla czego?
— A dyć, przecieć i nasz pan u niemców się nie uczył, a dla tego dobry gospodarz jest, i ziemia mu rodzi, a żydziska pieniędzy dowożą.
Pani Markowa zamyśliła się głęboko, i gdyby ją w tej chwili zapytano, kto ma słuszniejszą racyę, czy pan Władysław, czy stary Onufry, nie wiedziałaby co na to odpowiedzieć. Zasępiła się twarz poczciwej kobiety, a myśl jej pobiegła napowrót do Wólki, gdzie jeszcze siedmioro, jak nazywała, drobiazgu zostało, i gdzie został pan Marek, którego po swojemu, ale serdecznie kochała.
Trzy dni i trzy noce jechała pani Chojnowska z synem, aż dnia czwartego ukazała się przed niemi ładna wioseczka o murowanych budynkach, nad którą z jednej strony wznosiła się wieżyczka kościołka, z drugiej zaś wysoki, dymiący czerwony komin fabryczny.
W tej wiosce kuzyn daleki pani Markowej ksiądz Roman był proboszczem, do niego więc na plebanię zajechali nasi wędrowcy, a pokrzepiwszy zwątlone podróżą siły i otrzepawszy z kurzu, udali się w stronę cukrowni.
Ksiądz Roman ofiarował się wprowadzić ich do Dyrektora, z którym żył w ścisłych stosunkach, i kiedy szli opowiedział im wiele o owym niemcu, który opuściwszy swój kraj był biednym bardzo, a dzisiaj ma już sporo grosza, i ciągle jeszcze przyrabia. Opowiedział iż w cukrowni jest kilku praktykantów, którzy płacą za naukę, i od świtu do nocy pracują; mówił, jak tam wszystko idzie porządnie i systematycznie, jaki ład wzorowy panuje. W miarę jednak jak ksiądz Roman mówił, twarz pani Markowej przybierała wyraz coraz smutniejszy, ponieważ serce matki przeczuło i zrozumiało, że w fabryce mniej niż gdzieindziej zważają na obywatelskie dzieci, i że jej synek będzie uważany na równi z każdym innym pracującym, bez względu na to, iż rodzice jego mają Wólkę, a wujaszek Sowie Głowy i stopień kapitana w armii Austryjackiej. Skutkiem tych rozmyślań, z pewnym niepokojem dotknęła klamki mieszkania dyrektora; lecz kość już była rzucona, cofnąć się nie wypadało.
Weszli wszyscy do elegancko umeblowanego pokoju. Za stołem zarzuconym księgami i rachunkami, siedziała figura szczupła, z orlim nosem i rudemi faworytami. Na widok przybyłych, jegomość ten podniósł okulary na czoło i wstał z fotela, zapytując wzrokiem czego żądają.
Ksiądz Roman podawszy mu rękę rzekł:
— Przedstawiam panu dyrektorowi moją kuzynkę i jej syna z Wólki...
Pan dyrektor skłonił się sztywno, i milcząc wskazał krzesło swym gościom.
— Mamy tu do pana dobrodzieja list, od pana Macieja mego sąsiada — rzekła pani Markowa podając pismo.
Dyrektor usiadł i czytał w milczeniu, po chwili zaś skończywszy czytanie — rzekł do pani Markowej wskazując na Czesia.
— Ten młody człowiek chce być u nas praktykantem. To dobrze. Mamy jeszcze dwa wakujące miejsca....
— Pani zna nasze warunki....
— Chciałabym — rzekła pani Markowa, żeby mógł jak najprędzej zostać dyrektorem.....
— No — rzekł niemiec — niech on się uczy, zostanie u nas trzy lata, pani będzie płaciła trzysta rubli za każdy rok, a on będzie miał stancyę, wikt i naukę. Pani zapłaci z góry za rok.
— Ale panie dyrektorze, chciałabym także żeby syn mój doznawał pewnych względów, jakie słusznie należą się....
— O tak — przerwał dyrektor — on będzie u nas robotnikiem, po trzech latach może dostać małą pensyjkę, on będzie mieszkał w fabryce, i ja przeznaczę mu zajęcie...
— Proszę pana łaskawego — odezwał się Czesio, a często będziemy chodzili na polowanie? — przecież tu macie zapewne las.
— O, my mamy tutaj różne rzeczy, mamy kotły, prassy hydrauliczne, mamy składy, ekspedyujemy mączkę, cukier, melassę — panu to się podoba, to bardzo przyjemne zatrudnienie. Mamy księgi, rachunki, korespondencye — pan się będziesz uczył rachunków i buchalteryi.
Czesio skrzywił się okropnie.
Pani Markowa wydobyła pieniądze, zapłaciła i Czesio został przyjęty jako praktykant do fabryki, w której od następnego dnia miał rozpocząć zajęcie.
Opuściwszy mieszkanie dyrektora, udano się do księdza Romana na obiad, a nad wieczorem matka oblała łzami ukochanego synka, i nastały długie godziny rozstania.
Czesio układał swoje ruchomości w skromnym pokoiku, który mu przeznaczono na mieszkanie, i długo nie mógł zasnąć, debatując nad tem, co mu jutro przyniesie.
Noc już była ciemna, a samotna matka płakała na bryce. Onufry siedział jakoś smutno na koźle, i rzekł po cichu do siebie:
— Pono to chleba z tej mąki nie będzie.



VII.

Zimowe wieczory upływały jednostajnie i cicho, czasem tylko w święto gość się jaki trafił i nowości ze świata przywiózł, ale pani Markowa nie bardzo chętnie tym nowościom użyczała ucha, bo dusza jej była daleko, przy Czesiu.
Czesio zaś był tak niewdzięczny, że znaku życia o sobie nie dawał, a człowiek posyłany co tydzień na pocztę, zawsze z próżnemi powracał rękami.
Tak upłynęło całe dwa miesiące. Nareszcie jednego dnia upragniony list leżał na stole przed matką, która drżącemi ze wzruszenia rękami rozrywała kopertę, aby jak najrychlej drogą zawartość tego listu przeczytać.
W miarę jednak czytania twarz pani Markowej przybierała wyraz coraz smutniejszy, nareszcie, kiedy doszła do końca, wybuchnęła głośnym płaczem.
— Mój Boże, mówiła, zawsze miałam jakieś przeczucie, żeby go tam nieoddawać...
Usłyszawszy płacz żony, pan Marek wszedł do pokoju.
— Co to jest? zapytał.
— Patrz nieszczęśliwy ojcze, czytaj co oni tam z naszem dzieckiem wyrabiają.
Pan Marek wziął list i czytał go w milczeniu, po chwili zaczął uspakajać wzruszoną matkę.
— Ależ moja droga, cóż mu złego robią?
— Jak to więc nie widzisz, że to słabe, delikatne dziecko, musi wstawać do dnia...
— Przecież ja sam do dnia wstaję, a jednak jestem dzięki Bogu zdrów...
— Ty jesteś stary, przyzwyczajony, wreszcie podoba ci się tak robić, jesteś u siebie w domu.
— No, rzekł pan Marek, toć to jeszcze nie takie męki, wreszcie kto rano wstaje, temu pan Bóg daje...
— Dziecko nie ma godziny odpoczynku...
Pan Marek zaczynał się niecierpliwić.
— Młody jest, odrzekł, niech pracuje, będzie miał swój kawałek chleba to odpocznie.
— Człowieku, ty serca chyba nie masz, czy nieczytałeś na własne oczy, że go ten dyrektor z góry traktuje.
— Bardzo dobrze, niech słucha za młodu, będą go na starość słuchali.
— I ty to mówisz, ty! ty! ty! wołała pani, ja od ciebie to słyszę, nie, to być nie może, mnie słuch myli. — Więc ty go myślisz tam zostawić na pastwę tym niemcom, którzy nie mają względu na dziecko, na jego delikatne zdrowie, na dobre urodzenie, ty to mówisz? i ty myślisz zapewne trzymać go dłużej w tej niewoli. Chyba mnieby tutaj zabrakło, nigdy na to niepozwolę i proszę cię stanowczo, żebyś we dwadzieścia cztery godzin posłał po niego konie, i żebyś mi go tutaj za tydzień sprowadził. Do domu żebyś go sprowadził, wyraźnie ci to mówię. Dobranoc!
I z temi słowy pani Markowa trzasnęła drzwiami tak silnie, że aż się wszystkie szyby zatrzęsły i zniknęła w swoim pokoju, aby tam puścić wodzę łzom i ulżyć zbolałemu sercu.
Saphir powiada: Selbst ein häusliches Gewitter ist angenehm, denn das Gewitter erquickt die Natur. Burza ożywia naturę, a przecież domowa burza jest także burzą. Saphir kreśli piękny obrazek w którym zachwyca się urokiem piorunującej żony i męża olśnionego błyskawicami jej gniewu, cieszy się takiem ożywieniem natury i dodaje aber es gehört eine gezunde Natur dazu!
Pani Markowa, jak to szanowny czytelnik zapewne zauważyć raczył, mogła się zaliczyć do „natur bardzo zdrowych,“ niewiasta ta, przyzwyczajona do wydawania rozkazów i do biernego posłuszeństwa jakie w każdej okoliczności znajdowała w swoim małżonku, nie wyobrażała sobie, aby mogła kiedykolwiek nie wykonać tego co postanowiła.
I teraz wyszedłszy do swego pokoju była pewną, że rozkazy jej natychmiast zostaną spełnione, była najmocniej przekonaną, że za tydzień utuli na swej piersi głowę pierworodka, tego nieszczęśliwego, prześladowanego i przeciążonego pracą dziecięcia.
Gdyby jednak żona mogła widzieć myśli swego męża, to pani Markowa zapłakała by podwójnie.
Pan Marek został w pokoju olśniony błyskawicą gniewu swej małżonki, ale po chwili przyszedł do siebie i spojrzawszy w stronę gabinetu pani Chojnowskiej, uśmiechnął się nader dwuznacznie i powiedział półgłosem:
— Zobaczymy.
Dla czego tak powiedział. Żeby to wyjaśnić należycie, zastanówmy się chwilkę nad usposobieniem pewnych bardzo zacnych i miłych osobników, zwanych pospolicie pantoflami.
Wiadomo każdemu, że honorowy ten tytuł zdobi zawsze głowę tych mężów, którzy w domowem pożyciu ulegają ślepo żonom swoim, którzy przyzwyczaiwszy się do uległości, biernego posłuszeństwa, tracą wszelką samodzielność i we wszystkiem do woli pań swoich stosują się. Dla pewnych usposobień i charakterów, miłą i bardzo dogodną nawet rzeczą jest być pantoflem, uwalnia to od myślenia i daje pewien wypoczynek dla mózgu, odsuwa na drugi plan samodzielność, i przez to daje łaskawą rekreacyę woli, uwalnia od debatów i sporów, znosi kwestye, i czyni człowieka biernym wykonawcą rozkazów swojej towarzyszki.
Że podobna pozycya człowieka w życiu domowem, jest przyjętą na ucywilizowanym świecie, o tem wie bardzo dobrze każdy, kto w życiu swojem spotkał tylko trzy małżeństwa, bo w takim razie musiał spotkać dwóch mężów pantofli. Że podobna pozycya nie przeszkadza mężowi być zacnym i pożytecznym społeczeństwa członkiem, tego dowodzi historya, z której widzimy, że niejeden wysoki dygnitarz, uczony, a nawet srogi wojownik w zaciszu domowem, był także nie mniej znakomitym pantoflem. Zresztą żadne prawo w Europie określające wzajemne stosunki męża i żony nie zastrzega pierwszemu, aby nie był podległym woli żony, a prawo kanoniczne wymagające od kobiety ślubu posłuszeństwa dla męża, nie żąda od mężczyzny ślubu nieposłuszeństwa dla żony.
Z tego cośmy powiedzieli dadzą się wyprowadzić dwa wnioski, a mianowicie, że być pantoflem nie jest ani nadto oryginalną, ani zbyt upokarzającą rzeczą dla męża, a w każdym razie bardzo wygodną dla żony, osobliwie zaś dla takiej, która jak powiada Saphir, ma zdrową naturę.
Tylko jest jedna okoliczność, ta mianowicie że każdy człowiek ma swoją słabą stronę. W mężach pantoflach ta słaba strona nie daje się podciągnąć pod ogólne reguły pantoflostwa. Mąż mieszczanin, cichy baranek w domu, jest głośnym i hałaśliwym przy kufelku na bawaryi. Rzemieślnik pantofel, idzie zawsze za wolą pani majstrowej, ale ekscypuje sobie panowanie absolutne w warsztacie; taki, dajmy na to radca, w domu słucha rad małżonki, ale nie pozwoli nikomu wtrącić się do swoich zatrudnień poza domowych.
Taką słabą, a właściwiej powiedziawszy mocną stroną w usposobieniu i naturze pana Chojnowskiego było gospodarstwo i kasa. Tutaj czuł się prawdziwym mężczyzną, i biada temu ktoby chciał nieproszony wtrącić swoje trzy grosze. Nawet żonie umiałby poczciwy starowina verba veritatis z właściwem ma się rozumieć uszanowaniem, powiedzieć.
A powrót syna z cukrowni miał bezpośredni związek z kasą. Pan Marek zapłacił za naukę, a że był oszczędnym i znał wartość ciężko zapracowanego grosza, więc też nie chciał wyrzucać go na darmo. Zresztą, mając jeszcze dzieci, nie chciał ich ukrzywdzać dla jednego, a przytem pomimo swojej potulności i uległości dla żony, miał dosyć trafne na życie poglądy, i chociaż nie bawił się w szumną frazeologyą, wiedział jednak w czem zawiera się esencya dobrobytu człowieka.
Długo dumał pan Marek, chodził po pokoju i puszczał kłęby dymu z króciuchnej fajeczki, od czasu do czasu pocierał czoło rękami, nareszcie splunął, i głośno sam do siebie powiedział.
— Ani myślę, niech siedzi, niech pracuje, ja pieniędzy nie robię i napróżno ich wyrzucać nie myślę.
Gdyby pani Chojnowska usłyszała była te wyrazy, burza małżeńska przyspieszyła by się o całe dwadzieścia cztery godzin.
Pan Marek jeszcze potem rozmawiał z karbowym, wydał dyspozycye z której sterty groch jutro młócić; a następnie odmówiwszy pacierz klęcząc, położył się spać uzbroiwszy się w odwagę na jutrzejsze przejścia, których się słusznie spodziewał.
Na drugi dzień rano z domu wyszedł oświadczywszy, że na obiedzie być niemoże, a obejrzawszy stodoły, obory i owczarnie, siadł na konia i do proboszcza na obiad i gawędę pojechał.
Musiał tam przy tej gawędce gąsiorek miodu pęknąć, ponieważ pan Marek do domu późnym wieczorem wracając, kiwał się na kasztance, jak rabin nad talmudem, a nawet nucił półgłosem jakąś piosneczkę, co mu się już od bardzo dawnego czasu nie zdarzało.
Zdaje się, że proboszcz musiał umacniać pana Marka w powziętem postanowieniu, gdyż dojeżdżając do domu poczciwy pan Chojnowski miał minę bardzo zdeterminowaną i stanowczą, a na Onufrego zawołał tak srogim i donośnym głosem, że aż we wszystkich budynkach odezwało się echo.
Pani Markowa czekała na męża i skoro ten wszedł do pokoju, nie pozwoliła mu nawet zdjąć burki, lecz odraza przywitała gradem wymówek.
— To ty zamiast posłać po dziecko, włóczysz się po wizytach, z domu uciekasz, a tego biedaka tam męczą, znęcają się nad nim.
Pan Marek, milczał wiedząc zapewne, że to jedyna broń na gwałtowność żony.
— Dla czego nie posłałeś po Czesia? co! dlaczegoś tego niezrobił, kiedym ci wczoraj mówiła, czy zapomniałeś.
— Ależ nie tak gwałtownie, mówił pan Marek wieszając burkę na gwoździu, uspokój się aniołku, poślę po niego, poślę...
— Kiedy poślesz? zaraz poślij, bo oni tam dziecko zamordują.
— Kiedy poślę, to znowu inna kwestya, niech no pierwej praktykę ukończy, to sam po niego pojadę.
Tego tylko było potrzeba, aby tamy żalu macierzyńskiego pękły.
— Ach ty nie godziwy człowieku! ty ojcze bez serca, ty mężu bez uznania, wołała pani Chojnowska w najwyższem oburzeniu, nie masz litości nad dzieckiem.
— Otóż nie poślę! rzekł stanowczo pan Marek.
— Poślesz!
— Nie poślę.
— Otóż poślesz!
— Ani myślę!
Bóg wie do jakich konkluzyi doprowadziła by ta małżeńska wymiana not gabinetowych, gdyby gwałtowne ujadanie psów na dziedzińcu nie oznajmiło gościa.
Zwrócono oczy ku drzwiom, i o dziwy! kwestya małżeńska rozstrzygnęła się od razu.
Do pokoju wpadł Czesio.


VIII.

— Jak żyję nic podobnego nie widziałem.
— Jeżeli mam prawdę powiedzieć — to ja nie słyszałem nawet o takiem gospodarstwie.
— Co pan dobrodziej myśli, u nich wszystko tak.
— Dziwne rzeczy mi sąsiad kochany powiadasz.
— Co to dziwne, bardziej się pan zadziwi jak mu powiem, że tam nawet i psy niepróżnują.
— Psy?
— A no psy, tak mi Panie Boże dopomóż, na własne moje oczy widziałem: ogromne czarne psisko masło robi.
— Nie może być.
— Bodajbym tej lampki wina niewypił jeżeli kłamię, chociaż przyznam się, że gdyby mi to kto powiadał nie chciałbym temu dać wiary ale swoim własnym oczom trudno nie wierzyć.
— Więc widziałeś sąsiad na własne oczy?
— Ot tak nieprzymierzając jak was tutaj widzę, pies chodzi w takim małym deptaczku i masło robi.
— Dziwne rzeczy, wprawdzie jeszcze dawniej widziałem w jednym Bernardyńskim klasztorze jak pies pieczeń na rożnie obracał, ale żeby miał masło robić, o tem pierwszy raz słyszę.
— Ale powiadam wam moi panowie, że to tylko patrzeć co się tam wyrabia, krowy karmią brukwią gotowaną — żadnej parokonnej fornalki nie zobaczysz...
— A jakżeż w pojedynkę?
— Gdzietam panie, trójkami — po trzy konie w pługu, po trzy w bronie, w wozie, a nawet jak orzą wołami to i tam w trójkę...
— Ależ to czyste marnotrawstwo.
— Marnotrawstwo, albo i nie bo powiadam wam jakem zobaczył jakie to oni fury zboża wieźli, tom się za głowę złapał... wóz jak stodoła.
Tak sobie, w rok po opisanych wyżej zdarzeniach, gwarzyli w handelku trzej nasi znajomi. Przyjechali do miasteczka na jarmark, spotkali się przy butelce i gawędzą o różnych rzeczach.
Był to pan Maciej z Woli Wrzeszczącej, marszałek Sapajło z wielkich Patyków i nasz pan Marek z Wólki.
Wypili sobie parę buteleczek i słuchali jak pan Maciej, który w swoich stronach za ultra postępowca uchodził, opowiadał dziwne dziwa o jakiemś wzorowem niemieckiem gospodarstwie na kujawach.
— Powiadam wam, prawił, że oni nie znają tych naszych małych młocarni, mają parowe. Przyprowadza taką maszynę na pole i ani się obejrzysz tak stertę zboża zmłóci i już panie do stodoły nie ma co zwozić tylko prosto do spichrza.
— Dawno sąsiad z tamtąd powrócił, pyta pan Marek.
— Tydzień temu jak tam byłem — właśnie odwoziłem tam mego synowca, który prawdopodobnie zabierze po mnie Wolę, chciałem żeby się przyzwyczaił do porządnego gospodarstwa i oddałem go na praktykę.
Pan Marek zamienił się w słup.
— A miałem go oddać tutaj gdzie blisko, ciągnął dalej pan Maciej, to już wolałem zawieść go dalej, bo tam przynajmniej coś zobaczy, a u nas na tych naszych zakątkach, kto się może czego nauczyć?
— Bieda to z dziećmi, rzekł pan Marek, któremu los Czesia leżał na sercu kamieniem. Ot pamiętacie przed dwoma laty, kiedyście byli u mnie więc uradziliśmy oddać mojego chłopaka do cukrowni i byłby z niego człowiek. Ale wyobraźcie sobie, chłopak ambitny, nie chciał tych Niemców słuchać i uciekł panie dobrodzieju. Chciałem go odwieźć napowrót, ale jak mi żona zaczęła płakać i lamentować machnąłem ręką i...
— I cóż, odwieźliście go do Warszawy...
— A no cóż było robić. Prosiłem, perswadowałem, upierałem się, ale jak mi zaczęli głowę klekotać; musiałem zgodzić się na wszystko. Umyśliło mu się koniecznie, że będzie aptekarzem.
— Co, aptekarzem? zapytali jednocześnie pan Maciej i marszałek.
— A tak aptekarzem, wyraźnie wam powiadam, ale ja wiedziałem naprzód, że to się psu na budę nie zdało...
— No i to chleb, wtrącił pan Maciej, jeżeli zechce pracować, to za lat parę może mieć własne utrzymanie, a potem może i własną aptekę założy.
— Ciekawy jestem gdzie ją założy, chyba w Wólce za stodołą, rzekł z gniewem pan Marek.
— Przecież są miasta na to, a na wsi nikt apteki nie zakłada.
— Ale mój Czesław, to może i założy, bo już od trzech dni jest w domu.
— Jakto więc wrócił?
— Wrócił, uciekł po prostu, mówiąc między nami, mówi że ciężko, że to nie dla niego robota.
Sąsiedzi kiwali smutnie głowami, żal im było biednego pana Marka, który tyle miał z chłopcem kłopotu a pan Marek chciał się przed nimi użalić i wypowiedzieć to co mu najwięcej dolegało.
Kazał tedy podać butelkę starego węgrzyna a że wino usposabia do zwierzeń więc też puścił wodze głosowi zbolałego serca i szeroko sąsiadom o swoich utrapieniach opowiadał.
— Próżniak jest, mówił, chciałby bąki zbijać, przejeżdżałby się tylko po świecie, różnych zawodów próbował, a tu ciężko, okropnie ciężko... a przecież i dziewczyny są w domu i jeszcze chłopców kilku a ja już stary jestem...
— Co tam sąsiad prawisz, nie bierz sobie tego tak dalece do serca, wszystko się jeszcze odmieni, pokieruje się dobrze, tak pocieszał strapionego ojca pan Maciej, zaś pan marszałek uporczywie milczał.
— Cóż mam z nim robić, bójcie się Boga, poradźcie mi przecie, bo ja doprawdy i głowę już straciłem.
— Oddajcie go do tego gospodarstwa niech praktykuje, mówił pan Maciej, ja tam pojadę nie długo, mogę zabrać go z sobą, przyjmą go bez żadnej zapłaty.
Panu Markowi podobała się ta myśl, a podobała z tej przyczyny, że ojciec naszego bohatera, chociaż nigdy prawie żadnych teoryi nie wygłaszał w duszy jednak był konserwatystą, co więcej nawet, uznawał potrzebę kastowości. Według jego przekonań syn gospodarza powinien być gospodarzem, syn kupca kupcem, a syn rzemieślnika rzemieślnikiem. Zawsze marzył o tem, że i jego pierworodek będzie kiedyś dobrym rolnikiem, że się ożeni bogato, i żyć będzie patryarchalnie używając w swoim powiecie dobrego imienia i ciesząc się przyjaźnią i życzliwością sąsiadów. Według pojęć pana Marka gospodarstwo rolne był to jedyny szlachetny zawód, a pozycya obywatela ziemskiego najzaszczytniejszą pozycyą na tym padole płaczu.
Jeżeli zaś, w pokierowaniu losem swego syna odstąpił cokolwiek od swoich przekonań, to uczynił to tylko słuchając rad szwagra o którego rozumie wysokie miał zawsze wyobrażenie, ustępując prośbom żony i idąc za głosem sąsiadów, którzy ten projekt chwalili.
To też usłyszawszy propozycyą pana Macieja rzucił mu się na szyję wołając:
— A mój drogi sąsiedzie niechże cię uściskam, to mi rada dopiero. Zawsze marzyłem o tem żebym mego chłopca widział gospodarzem i obywatelem. I on chyba już tego chleba nieporzuci, bo przecie wyrósł na wsi, tutaj się wychował, tutaj...
— Bąki zbijał! wtrącił pan Maciej.
— I bąki zbijał, mówił pan Marek z płaczem. Zbijał bo młody, i ja zbijałem i sąsiad kochany to samo robiłeś i marszałek bąki zbijał. Od czego u djabła młodość...
— Więc kochany panie Marku jak widzę nie pogardzilibyście moją radą i przysługą.
— Ależ sąsiedzie kochany... panie Macieju, Maciusiu mój drogi... zbawco! rękami i nogami czepiam się tego, niech jedzie, zaraz go wyprawię, niech się uczy i wyjdzie na ludzi.
— No więc dobrze... dobrze, mówił pan Maciej w uściskach sąsiada — jedziemy, tylko mój sąsiadeczku stanowczo bo jak wam żona...
— Do licha! przecież u milion fur beczek ojcem jestem...
— Powoli, powoli... bądźcie gotowi jak będę miał wyjeżdżać to dam znać do Wólki i przyślecie mi chłopca...
— Lepiej sam przyjedź panie Macieju, taki miły gość zawsze jest pożądany i witany mile.
— No i cóż panie marszałku co pan na to powiadasz?
Pan Sapajło uśmiechnął się jakoś dwuznacznie i powiedział:
— Kiedy rada pana Macieja tak wam do serca przypadła, cóż ja mam już tutaj mówić...
— Ale owszem, marszałku powiedz co ty o tem myślisz.
— No dobrze, kiedy już chcecie koniecznie to i ja wam swoje racye powiem.
— Owszem słuchamy bo przecież znamy waszą życzliwość.
— Widzicie, mówił pan Sapajło, pan Maciej ślicznie mówi, chłopak jeszcze młodzieńki, niech tam się trochę w gospodarstwie przetrze. A po kilku latach niech mu tylko wąsy cokolwiek odrosną weźcie go zawieźcie do rejenta.
— A cóż to chcesz go sąsiad na pisarczyka wykierować?
— Otóż to bieda jak kto nie słucha i przerywa.
— Ale bo na co go mamy wozić po rejentach.
— Tam zrobić kontrakt, oddając jakoby niby... Wólkę Czesławowi w dzierżawę na lat choćby dwanaście.
— Po co?
— Tylko słuchajcie dalej, ten kontrakt włożywszy mu w kieszeń, każcie mu jechać w Hrubieszowskie, Kaliskie gdzie wam się tylko podoba, niech się zapozna ze szlachtą, wynajdzie jaką posażną panienkę, no i... na to mówiąc, proście marszałka na wesele... Ot i tym sposobem twoje kłopoty się skończą kochany panie Marku i kamień z głowy ci spadnie.
— A to powiedział co się nazywa dobrze, rzekł pan Maciej.
Zamyślił się głęboko pan Marek, sparł głowę na dłoniach i długo długo tak siedział, nareszcie kiedy się pożegnali, wsiadł w sanki i pojechał ku domowi.
Mróz był ostry, wiatr szalał po polu niosąc tumany śniegu, ale pan Marek na to nie zważał, zdawał się nie widzieć tego co się koło niego działo, utonął w marzeniach, a od czasu do czasu odzywał się półgłosem...
— A to mi marszałek, mądra głowa w kieszeń by schował prezesa!
Onufry sądził, że pan mu każe pośpieszać i pędził jak szalony.
Wieczorem długo państwo Chojnowscy rozmawiali z sobą, ale w rozmowie tej nie było już żadnych oznak burzy, widocznie że projekty pana Marka trafiły do przekonania żony, gdyż widać było na jej twarzy uśmiech zadowolenia, a pan Marek wychodząc z pokoju małżonki powiedział głośno.
— Zobaczysz kochanie, że wszystko będzie dobrze!


IX.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dużo wody upłynęło od czasu rozmowy marszałka z panem Maciejem i panem Markiem. Bywały przez ten czas i suche lata i pory dżdżyste a nawet jednego roku na wiosnę owa niefortunna rzeczułka na której pan prezes Gzubski most stawiał, skutkiem obfitego deszczu przybrała, tak że słupy owego mostu do połowy zanurzyły się w mętnej wodzie.
Losy rzuciły mnie daleko od Wólki, od tych poczciwych państwa Marków, którzy siedząc spokojnie w swoim zaścianku, nie domyślali się nawet, że ktoś tam ich życie domowe opisze. I lepiej, że się tego niedomyślali, bo możeby z pewnem niedowierzaniem przyjmowali w swym domu jakiegoś pisarka, który wtrąca wszędzie swoje trzy grosze, rośnie gdzie go nie posiano, i trapi porządnych obywateli zbytecznem gadulstwem.
Podlasie ta błogosławiona kraina piasku i westchnień znikła dawno z przed moich oczu, a dworek w Wólce, państwo Chojnowscy i ich sąsiedzi zostały w pamięci, w której wyryły się jako obrazki śmieszne ale nie karykaturalne, bo obok drobnych śmieszności, miały wiele uczucia, szlachetności i serca, słowem posiadały wiele tych przymiotów, których napróżno nieraz chcielibyśmy szukać w ludziach uchodzących za powagi wzory i autorytety.
Dużoby się dało o tem powiedzieć ale szczupła ramka maleńkiego obrazku nie pozwala przepełniać tła zbytecznemi akcesoryami i dlatego przechodzimy do dalszego ciągu a raczej dokończenia niniejszej gawędki.
Było to w Warszawie, kiedy świeże tchnienie wiosny, wywołuje tłumy na ulice; prowadzi je do ogrodu i na spacery. W tej porze właśnie, kiedy każdy spieszy, aby odetchnąć świeżem powietrzem, otworzyć okno... odmłodzić się, ożywić i ogrzać pierwszemi promieniami słońca, które tak cenimy na wiosnę, a przed którem tak uciekamy w lecie.
Szedłem i ja za tłumem, dążąc ku Łazienkom i myśląc o owych rzeczach i głębokich i wielkich, które znamy wszyscy pod skromnem mianem niebieskich migdałów. To zamyślenie i medytacye przerwała ciężka jakaś dłoń którą poczułem na ramieniu. Obejrzałem się i ujrzałem wąsate oblicze pana Macieja z Woli Wrzeszczącej.
Uśmiechał się, a raczej śmiał szczerym naturalnym śmiechem właściwym tylko dzieciom pól i lasów. Śmiechem, który nie ma najmniejszego podobieństwa do owego przymusowego skrzywienia ust, tak powszechnego między mieszczuchami.
Ucieszyłem się serdecznie zobaczywszy przedstawiciela podlaskiego postępu i wroga konserwatyzmu. Rumiana fizyognomia tego jegomości przypomniała mi odrazu chwile spędzone w Wólce i jej okolicach i byłem bardzo rad sposobności, że mogę usłyszeć wieści o moich dawnych znajomych.
— Jakże się miewacie kochany panie Macieju, zapytałem poddając rękę uściskowi muskularnej dłoni, mogącej śmiało rywalizować z ręką Goliata, Samsona i innych tego rodzaju potentatów.
— Jak groch przy drodze, mój dobrodzieju. Przyjechałem tutaj po nasiona, a że to dziś święto i niewiele można zrobić to się człowiek włóczy po ulicach i gapi na to rojowisko ludzi i las domów.
— Zawsze jednak, rzekłem, pan dobrodziej Woli w dzierżawę nie puścił, sam w niej gospodaruje.
— Sam, sam, mości dobrodzieju pracuję na swym zagonie jak mogę....
— A sąsiedzi?
— Ho! ho, ho, mój kochany, anibyś poznał jak się wszystko zmieniło. Pan Marek poszedł ad patres. Poczciwa dusza, szkoda go. Człowiek był dobry, sąsiad zacny tylko mąż słaby.
— I dawnoż się to stało?
— Trzy lata mój dobrodzieju, trzy lata... Pochowaliśmy go uczciwie, jak zasłużył na własnych ramionach pół mili na cmentarz zanieśli, a ksiądz Symforyan taką mowę powiedział, żeśmy się panie jak bobry popłakali.
— Szkoda go, tymbardziej że miał tak liczną rodzinę.
— Zapewne mój dobrodzieju, to też jak jego zabrakło, wszystko zaczęło powoli iść na marne. Pani Markowa oddała rządy w ręce tego urwisa, który jak może jaki grosz wyciągnąć to wyciągnie i zaraz jedzie gdzieś niby to po żonę ale najczęściej w mieście siedzi i bawi się z godnymi towarzyszami.
— Co też pan Maciej powiada, przecież był w jakiemś wzorowem gospodarstwie, miał się kształcić na agronoma.
— Pluń pan na to wszystko, rzekł z gniewem pan Maciej, gdzie tylko był zewsząd uciekł, wszędzie bąki zbijał, nic nie robił — a wybornie mu widać na zdrowie ta próżniaczka służyła bo zmężniał a wąsiska mu jak miotły odrosły. Lubi dobrze zjeść i wypić, zapolować, w karty zagrać, ale od roboty... panie! ucieka jak dyabeł od święconej wody.
— Jakaż więc przyszłość czeka te biedne dzieci, jeżeli taki braciszek rządzi majątkiem.
— Dzieci!? to już panie nie dzieci, bo dwie dziewczyny zamąż wyszły a i chłopaki już spore, jeden nawet jest u mnie w Woli na praktyce, nie wiem jeszcze co z niego będzie.
— A gdzież się obecnie obraca pan Czesław?
— Jeździł niedawno w Hrubieszowskie szukać sobie żony, ten marszałek taki im sposób mądry doradził, uczepił się tego Czesław jak pijany płotu i już przez pięć lat szuka tego skarbu, ale jakoś niefortunnie kosztuje też to nie mało. Co gospodarstwo przyniesie, to owe konkury pochłoną, a Czesiowi dobrze, nic nie robi, jeździ sobie po świecie, a jeżeli wróci do domu to tylko po to, żeby zabrać pieniądze i dalej na poszukiwania wyjechać.
— Smutne to historye...
— Smutne i bardzo smutne, mój panie, ale to dopiero początek, czekaj pan codalej będzie...
I zamyślił się głęboko pan Maciej, stracił humor i nawet parę kieliszków węgrzyna nie mogło mu zwykłej wesołości przywrócić.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kto z Was nie zna pana Marka, pani Markowej i Czesia, kto nie zna tych prezesów, marszałków i sędziów, kto z was nie zetknął się z tą klasą ziemian właścicieli, lub dzierżawców średnich majątków? Nie znaliście pana Marka i Wólki, to z pewnością znaliście pana Michała, Jana, Jakuba lub innego. Każdy z nich prawie jest ojcem licznej rodziny, każdy buduje świetną przyszłość dla syna ale budowa ta wali się i upada, bo nie jest postawioną umiejętnie, bo się lepi naprędce, bez ładu, bez planu, bez systemu; upada... bo upaść musi gdyż brak jej fundamentów, brak umiejętnej dłoni któraby umiała z bogatego materyału skorzystać i gmach zeń potężny wybudować.
Dlaczego tak jest i czem się to dzieje, niech tłómaczą badacze ustroju ludzkości, niech analizują te przyczyny i wynajdują środki, aby im zapobiedz. Że zaś się tak dzieje o tem wie każdy, kto miał zetknięcie z tą poczciwą lecz krótkowidzącą klasą ludzi, która z łona swego wydała pana Marka i jemu podobnych ojców.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ze smutkiem wyczytałem w gazecie niemiłe obwieszczenie o subhastacyi Wólki, tego rodzimego gniazda Chojnowskich. Kiedy rozmyślałem nad smutną przyszłością poczciwej pani Markowej, drzwi cukierni otworzyły się zamaszyście i wszedł mężczyzna słusznego wzrostu i zamaszystej miny.
Był to niedoszły przemysłowiec, kupiec i agronom, obecnie zaś trudnił się nie zaszczytnym przemysłem „pośredniczenia w interesach.“
Nie wiem czy znacie ten nowy rodzaj przemysłowców, który w latach ostatnich coraz liczniej jest reprezentowany. Utracyusze, zbankrutowani przez własne niedołęztwo paniczyki nie mając już sposobu do życia, straciwszy wszystko a nawet i groszowy kredyt w sklepiku, rzucają się nareszcie na tę ostatnią drogę i „pośredniczą w interesach.“ Wszystko to jedno dla nich, czy interes zły lub dobry; korzystny lub niekorzystny, czysty czy nieczysty wreszcie, im idzie tylko o jedno, o porękawiczne.
Ów mężczyzna należał właśnie do tego rodzaju przemysłowców i jego życie rzuciło w wir miasta jak rzeka niosąca męty w głębie oceanu. Instynkt zachowawczy pchnął go tutaj a zatrudnienie „pośredniczącego“ przypadło mu do smaku.
Był to syn pana Marka.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.