Strona:Zofja Rogoszówna - Pisklęta.djvu/73

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    67



    I.
    Ludziki.

    Zwinna, jak żywe srebro, a kolorowa, jak bańka mydlana, w chłopskiej czerwonej sukience, malowanej w złote kłosy, biegnie na ratunek osie, ściganej morderczemi uderzeniami ścierki.
    — Nianiusiu, osi nie tseba źabijać, ośa dobla! — woła, chwytając grubą Barannę za fartuch.
    A widząc, że niańka niedowierzająco jakoś patrzy —
    — Nianiusiu, ośa naplawdę dobla, ośa psecie mlećko daje — poucza przekonywującym, pewnym siebie głosikiem.
    Otulona w puszyste futerko i kapturek toczy się, jak kłębuszek białej bawełny, przez nasiąkłe wilgocią trawniki, poprzedzana wesołym ujadaniem wielkiej kudłatej Wisły.
    Przypada do nikłej zielonej trawki, wyskubując białe kwiatki o złotych serduszkach i z trudem ściska w piąstce „śtoklotkowy bukiet dla mamuńki“.
    To znowu ciągnie Barannę, ku ogrodowej sadzawce, nad którą rosochate topole nadwiślańskie szeleszczą resztą zeschłych od jesieni liści.