Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   57   —

Znał dobrze całą okolicę, wiedział, że droga, na którą wjechały za nim furmanki szwedzkie, nie do Leżajska prowadzi, tylko na wielkie moczary, co się rozciągały za lasem i porastały trawą. Nigdy z tych łąk nie zwożono paszy w lecie, bo z ledwością kosiarze utrzymać się na nich mogli, dopiero, gdy ziemia zamarzła, wjeżdżały wozy po siano, a trafiały się na trzęsawiskach miejsca tak grząskie, że bydlęta w nich tonęły nie raz i nie dwa.
Michałek jechał śmiało naprzód, podśpiewując dla dobrej fantazyi piosenkę, którą już wtedy zaczynano znać w całej Polsce:

Bijże Szwedów, bij, wziąwszy tęgi kij!
Topże Szwedów, top, jeśliś dobry chłop!

— Potopię was, psie syny — mruczał pod nosem, przerywając piosenkę — potopię za to, żeście Najświętszej Pannie krzywdę uczynić chcieli.
Cieszyła go okrutnie przygoda, serce biło młotem w chłopaku, toż pierwszy raz miał się przysłużyć matce-ojczyznie.
— Niedoczekanie wasze — wygrażał Szwedom — przewodnika wam się zachciało, myślicie, że będę rabusiom pomagał i na krzywdę swoich prowadził? Poznacie Michałka, nie taki on głupi, jak tamten chłop, coście go od świń utraktowali, dam ja wam posponować Polaka! Obiecałem Niemcowi, co leżeć będzie, poleży