Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   20   —

bo, nie chwaląc się, skroiliśmy tęgą kurtę Szwedom.
— Zaraz będę pytał, ino przódy powiedzcie jeszcze, na jakiej szkapie jechaliśta na wojnę?
— Nie mówię ja, Michałku, żeś ty ze wszystkiem przy koniach zgłupiał? Jechałem na siwej kobyle, co mi ją pan Łukasz dał, ale się potykała, więc sobie potem złapałem kasztana po zabitym Szwedzie. Okrutny był koń, pewnie jaki wielkolud na nim wprzód siadywał, z dziesięć albo i więcej lat w proboszczowskiej stajni się chował.
— A rzeknijcie jeszcze, czy Szwedy wszystkie takie wielgaśne są, jako ten, po którym wzięliśta kasztana? — pytał Michałek.
— Różni się między nimi trafią, są chuderlawi, ale są też chłopy na schwał. Wielkie pióra do kapelusików wtykają, to im wzrostu przydawa, a buty takie szerokaśne noszą, coby w każdy pół cebra wody nalał.
— Gadajta, tatulu, od początku, jak to było z tą wojną — prosił się chłopak, pokornie całując zakrystyana w rękę. Więc udobruchany Piotr pokłaskał sierotę po głowie, zażył tabaki i tak prawił:
— A bo ci to raz opowiadałem albo dwa, a ty się zawsze napraszasz. Niech będzie po twojej woli, rzeknę i dziś, ale pamiętaj, co przykazuję, żebyś mi się nie ważył w podartem odzieniu do kościoła przychodzić. Wstyd czło-