Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   21   —

wiekowi ślepia na ludzi podnieść, bo mi byle kiep złe opiekuństwo wytknie.
— Szwedów bijaliście, tatulu, a na kpów zaś zważać macie. Nikomu nic do mnie, sieroty, niech się kto poważy przeciw nam sporzykać, to tak zamaluję, że se do śmierci wspominać będzie. Okrutnieście dobrzy dla mnie, biednego.
Tu Michałek chlipać zaczął i łzy garścią obcierać, bo się rozczulił nad swoim losem i nad miłosierdziem opiekuna. Buczał dobrą chwilę, gdyż Piotr nie mógł jakoś dziś długo zapomnąć despektu, który mu chłopak zrobił, świecąc w kościele zdartą na szmaty sukmaną. Zażył też jeszcze raz tabaki, kichnął okrutnie, i to mu dopiero ulżyło. Udobruchał się już widocznie, bo łaskawiej spoglądał za chłopakiem, siadł wreszcie na przyźbie, nogi rozstawił szeroko, jakgdyby miał jeszcze pod sobą siwą kobyłę, która mu z początku wojny służyła. Spojrzał łaskawiej na Michałka i zapytał nagle:
— A wiesz ty, urwisie, co znaczy: wojna? co hetman? co król pan nasz najmiłościwszy?
Michałek zaczerwienił się z radości, poznał, że opiekuna w dobry humor wprowadził i że Piotr gadać teraz będzie choćby do wieczora. Nie zdradził jednak po sobie uciechy, tylko, ucałowawszy znów rękę starego, odrzekł skromnie:
— Skąd zaś mam wiedzieć, jeśli wy, tatulu, nie będzieta gadali.