Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   6   —

— W smutku za mężem zeszła ze świata — przerwał zakrystyan.
— Może i to być, we wszystkiem wola Boża. Duszy Wojciecha nie zawadzi też wspomnieć przy śpiewaniu egzekwii, jemu nawet pacierz potrzebniejszy, niż nieboszczce, bo ona była bardzo pobożna kobiecina, a on nagłą śmiercią zginął.
— Za drugiego się zastawił i mężnie z niedźwiedziem potykał, to mu pewnie święty Michał, rycerz niebieski, mizerikodyę Bożą wyprosił.
Proboszcz zgromił zakrystyana.
— Nie grzesznego człowieka sprawa Boskie wyroki badać i przesądzać, lepiej stokroć pacierz za umarłego zmówić. U ciebie, Piotrze, zawsze w starej głowie żołnierskie wróble siedzą.
Pan Piotr chciał jeszcze bronić sławy kuma Wojciecha, ale się powstrzymał i nie odpowiedział ani słowa. Brzęknął tylko niecierpliwie kluczami i chwycił je w garść, jakgdyby szablą były, nie wiązką żelastwa.
Pachołek przyniósł tymczasem świeżo wyczyszczoną sutannę i buty proboszcza. Ksiądz, siwy, jak gołąbek, złożył książkę, z której odmawiał pacierze, zrzucił ciepły szarafan, bo wskazówka na zegarze dobiegała siódmej, a o tej godzinie od pięćdziesięciu z górą lat odprawiał jegomość mszę świętą i nigdy minuty nie chybił.
Właśnie ozwała się sygnaturka, trzepocząc