Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/444

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


orszak przepuściła. — Sforsować, przejść przez nią trzeba; — milicja nawołuje do porządku — i, żeby bardzo prędko — nim się tamci znów zbiorą i opamiętają, żeby już chociaż trumna po drugiej stronie — —
Cyprjan i Ursa biegną za innymi.
Ci z trumną powolniej bo się to wszystko ledwo kupy trzyma.
Przewaliło się czoło pochodu — rozlało po szerokiej ulicy.
Barykada stroma i wysoka.
I oto staje na niej Cyprjan.
Spojrzał dokoła; — teraz dopiero mógł ogarnąć całość: przed nim i za nim ulice i place natłoczone — zda się aż po te skalne góry — stamtąd jakoby właśnie rwie spieniony, rwący, gniewny zalew — olbrzymia masa ludzka — wezbrała ulica główna i wezbrały dopływy ulic bocznych — dziesięć tysięcy — dwadzieścia tysięcy — trzydzieści tysięcy — może więcej — napewno więcej —
Śpiewają — —
Hymn rośnie i nabrzmiewa burzą, gniewem, pomstą i zwycięstwem —
A dzień jest jasny i słoneczny; w zamkniętych oknach żarzy się odblask tej godziny, tej wielkiej godziny chrzczonej obficie krwią ludzką.
Śpiew krzepnie i potężnieje — odrywa się od płuc i warg — ponad głowami płynie nurtem rwącym — i samoistnie żyje na powietrznym szlaku —;— dwoma rzekami wpływa dzień ten w morze dziejów.
Odpomina się Cyprjanowi owa przestrzeń ciemna, jądro nocy — tylko huczący wicher przewala