Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/423

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szli; — przez te dni wielkiej wyżery burżujskiej mieli na święcone ciepłą wodę, tę tam prawie mieli wszyscy, skórki z chleba jak trafiło, też, oskrabiny w śmieciach wypozbieranej robotnicy sezonowi, wiadomo, tym najgorzy; — a gdy po tej, prawda, Wielkanocy przyszli znowuż, po swym prawie, to, no — jak towarzysz powiedział — z za węgła cały magazyn, nie żałował, nażrej się bracie —
Tępy gwizd; — cichym na palcach biegiem skręcili w pierwsza uliczkę na prawo; — rozprószyli się, żeby nie sześć osób; podejrzane. — Maura wzięła Cyprjana pod rękę — tak sobie idą wolno — uwiesiła się mocno — z bumlerki ewentualnie, w ogóle; — a tamtą ulicą, którą opuścili, maszeruje szybko oddział uzbrojony; — obejrzała się Maura —: maszynowy —
A potem znów razem.
Jedni idą przodem — dwu — na dwadzieścia kroków — a drudzy przy Cyprjanie i Maurze.
Teraz znów mały, szczupły blondynek; oczy trochę skośne, bystre, świdrujące —:
— u tego co go zabili (— ciągle tylko o tym, to co dziś to się samo przez się rozumie; musi! —) — bieda była jak jasna cholera; żonaty; ze dwa lata temu się pobrali — dziecko mieli; głód, zima, opału z nikąd; to ona pieluszki suszyła na własnym ciele; obwiązywała się nimi, albo leżała na nich; — a potem tak się im to już zaczęło, że ani co do gęby włożyć; jej też pokarmu brakło; z czego; — no i podrzuciła dziecko; wykryli, wiecie towarzyszu, no i do aresztu wyrodną matkę.