Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/416

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sty — wiadukty — stromość — opad — kołatają sygnały — już ten pociąg z ostatniej wyjechał stacji.
Pieścili się niedospanie, gorączkowo, gniewnie. Mozolili się i gwałtownym pożądaniem doganiali droczącą się z ich wnętrznościami rozkosz.
— mocno, mocno mnie trzymaj — opasz biodra rękami —; rozkrzyżowała się na powietrzu, cała wtył podana wyprężonym łukiem; — zwisła na tym pasie ratunkowym jego zaplotu. Rozgorzała.
— walkirio —
— o, Cyr —
Przetoczył się nad nimi — jak nagła wiosenna burza — tentent kopyt purpurą barwionych — rytm wzburzonej walkirycznej posoki.
Leżeli objęci ciasno.
Prądy i wiry układały się w żyłach w nurt spokojny; przybrzeżny prawie. Słodkie odurzenie gładziło skórę. W skroniach łomotało i kowadliło się bezmierne znużenie; ach — spać — spać! — odespać miesiące i lata niedospane!
Za oknem ćwierkały kłótliwe wróble.
Z tapczanu widać było ponad małymi sadami rozkwiecionymi różowo i biało, pośród których wapniły się sinawo domy niskie i rozległe, wysoką,, kwadratową wieżę romańską — wpierała się w firmament niebieski już teraz pełny i przejrzysty. Na widnokręgu barykada gór — przez półprzymknięte powieki, przez deszcz rzęs realizuje się widmo Kaukazu — one to, one — niebotyczne góry, które nie są niczym innym jak tylko męką ludzką, kamiennym wycierpieniem za tę iskrę zbawczego ognia skradzioną bogom, aby ludziom było jaśniej i cieplej... Po-