Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/415

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gołębie — w skośnych, zwinnych zawrotach lśniły jak żywe srebro.
Na jeden okruch sekundy rześkość przedranna zamigotała wizją Arkadii — było to jakby drżenie Tcropli rosy zanim się stoczy z liścia — ; — mijali ulice, mosty, dziwaczne przejścia wśródskalne, schody strome, parki, ogrody; — przy jednym przy stanęli chwilę; na zielonej łączce w chłodnym cieniu łuszczących się platanów i liriodendronów pasły się dwie sarny; podniosły głowy i zwróciły duże, wilgotne oczy na Maurę i Cyprjana; liryzm; i wtedy ta Arkadia: w sarnich oczach: szuwary: Pan grający na sirinks.
Szli kamiennym cieniem.
Przed nimi żółte w tej chwili niebo — i była Maura w sukni przewidzianej jak strzęp tego nieba opadłego w miasto; muza spotkana o świcie. Cierpki smak ósemki na podniebienu; nic więcej.
Poza tym szum w głowie — jakby odległy poza widnokręgami wodospad. Mózg suchy i parzący. Gorący piasek.

W domu rozebrali się szybko i położyli obok siebie nadzy i chłodni.
Uśmiechały się usta; oczy były dalekie i posępne. Niewypowiedziane słowa krążyły wokół nich; słychać było ich szelest ckliwy i drażniący. — Na dnie obojętnych zdań i miłosnych szeptów drżał coraz bliżej następujący niepokój; — wyczuwali to wzajemnie, przykładając ucho do swych piersi... dygotała ziemia — podudniała dalekim pociągiem — mo-