Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zamilkli.
Od wschodu wiał wiatr już podbity snem kolorów — delikatną łuną płonących daleko zórz.

Zieleniał i blado niebieszczył się świt, gdy wracali do domu; — teraz zauważył, że była w sukni cytrynowo-żółtej, tylko krawatka i wstążka na kapeluszu były bordo z odcieniem fioletu; a jej wargi czerwone —
Szli powoli trzymając się za ręce.
W pewnej chwili uśpione spłoszenie:
— piąta — jeszcze dwie godziny —
— tak, dwie godziny jeszcze —
Ostry na czystym, polerowanym powietrzu świt chodził po dachach i zaglądał do kominów.
Na zbiegach ulic spotykali policjantów — po dwóch — w bojowych kaskach —
— strach ich uzbroił —
Teraz już minęło; noc, altana, wino — przeszłość daleka; wieki leżą jak śpiące lwy po obu granicach życia ludzkiego. I bzdurzy się natrętnym szerszeniem: koniec świata! — Koniec świata to koniec życia. Co minutę, co sekundę jest koniec świata; i początek; wszystko inne jest na przecięciu tych dwu z pasją bez ustanku siekących w siebie ostrych strun.
Nerwy napięte do ostatnich granic; za każdym dotknięciem myśli dźwięczą złowrogo; dają znać. Pod dygocącymi płytami kamiennego chodnika słychać wezbrany szum wzbierających wód.
Nad kondygnacjami dachów kołowały białe