Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/402

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwyczajne europejskie dzielnice — dopiero później domy niskie, jednopiętrowe, rozłożyste, z podcieniami dookoła, okna romańskie — teraz place jakieś — skwery — piramidki topól, głogi koliste, dużo tuj — i znów ciemno — uliczki puste — tu i tam straż konna — lub piesza — po dwóch — w kaskach stalowych.
Już się aż ręce zapociły od uścisku.
Wiadukt. Na prawo wysokie, zwisające złomy skalne, na lewo kamienna szeroka bariera — z dołu szum drzew, których chwiejne czuby zaledwie przerastają parapet bariery; auto zwalnia; powoli jedzie pod górę; na pierwszym biegu. Zakręt i górska droga nagłym wysokim skokiem wpada w nową dzielnicę miasta: szpitalna, fabryczna, robotnicza. Tuż u wylotu wiaduktu olbrzymie budynki, kompleksy domów — zakolami —
— to szpital powszechny — ten budynek na prawo szpital zakaźny — tamto szpital dla dzieci —
— a tamta brama? —
— to smętarz —
— to tu? —
— no tak; ale to co jutro, to wszystko inaczej, cały pochód pójdzie, to już wiadomo, choć i sprzeciwy będą, na ten drugi smętarz, przez całe miasto —
— no tak —
Wyspinało się auto. Teraz znów równo. I jaśniej —
— pełnia dogorywa od kilku dni —
Niski, ciepły jej głos.
Gmachy.