Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/401

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wskazówki; większa skacze co minutę; drży przy tym przez chwilę.
Przed dworcem — niski, długi budynek z kamienia, i filary proste, bez kapiteli, też z kamienia — taki widać kamienny styl tego górskiego kraju — przed dworcem więc, a już po drugiej stronie, ku miastu zwróconej stronie, przystanęli chwilę; podjeżdża małe, czarne, lśniące, jakby wodą zlane, auto.
A oni przytuleni do siebie; ona patrzy wciąż na jego profil; uczy się go na pamięć; uczy prędko, dokładnie — do egzaminu — już, już ją wyrwą — trzeba umieć!
— jedziemy? —
Przymrużyła oczy; znaczy: przytaknęła.
Już otworzył lśniące drzwi — prosi, żeby wsiadła; więc wsiadła. — W tym momencie spod pobliskiego filara, spod cienia — wysunął się szybko mężczyzna; czarne palto z jakąś dziwaczną pelerynką; kapelusz nisko na czoło nasunięty; nieznacznie podniósł lewą rękę: pięść. I Cyprjan.
— towarzyszu Cyprjanie, dobrze, że już jesteście; jutro o siódmej krótki miting i zbiórka w domu Z. R.; hala —
— będę —
— cześć towarzyszu —
— siadajcie z nami —
Nieznajomy już wsiąknął w cień.
Na krańcu rozległego placu, u skrzyżowania ulic stał policjant; — teraz odwrócił się twarzą do dworca. Auto ruszyło szybko.
Ulica za ulicą — niezrozumiała gmatwanina —