Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/397

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w Polsce, ziemia naga jeszcze i zawilgła —; przypomniał sobie najwcześniejsze kwiaty: na grubej, niskiej łodyżce parasolik żółty: podbiał —
Pociąg przemknął właśnie przez obszar deszczowy; strużą się jeszcze krople na szybach i nagle, skrętnie opadają w dół; żywe, szklane, plazmiczne istoty.
Rozrzucone domy kamienne, płaskie: posępna czerń okien i drzwi; rzadkie skupiska: miasteczka, wsie. I jedno uderza: cisza, bezruch, bezludzie; czasem wymgli się z jamy okiennej stara twarz — znika natychmiast Jeno pogłos pędzącego pociągu przebiega szybko, chrzęszcząca, kosmata tarantula, po szorstkich ścianach i płaskich dachach. —
A potem już od widnokręgu górzystego po widnokrąg płaski jakby w dół opadający — łany młodej kukurydzy strzeżone przez zagaje akacjowe. I już bez domostw. I już bez ludzi. Mijane stacje są samotne, bez zaplecza przynależnych miast; są własnością ziemi zdobytej przez kukurydziany zabór.
Teraz słońce! — skośne i bardzo promienne.
Na wschodzie przyległy do siebie obłoki: olbrzymia miłosna para; — leżą od wschodu po środek południa wtopieni w siebie twarzami i całymi postaciami, spleceni zwarcie ramionami i nogami; — złoci i różowi; umierający dzień rozpuszcza kontury obłocznych ciał. — Przypomina się obraz Maksa Klingera: syrena i tryton; co tam jest morzem tur jest niebem — i też tak: zielone i modre.
Z mijanych w tej chwili zalewisk, bajor i stawów rozgłasza się radosny rechot żab; — pierwszy