Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/395

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak ten orzeł wyleciał z lasów, które w dole zieleniały gęsto jak mchy — rósł na tym prostopadłym locie — i oto już rozpostarty i groźny drży przed mijającym go samolotem, do którego zwrócił się piersią i spodem wyżłobionych skrzydeł: piękny, zuchwały, oburzony —
Zalśniły okna i blaszane dachy lotniska — samolot wirażem szuka miejsca dogodnego opadu.
To było rano tego dnia; pogodne rano i godziny czyste i białe, górą niebieskie, dołem już niepokojąco zielone, pełne szumu krwi i rośnięcia — ponad ilastą, suchą ścieżką wijącą się pośród ozimin i wyorzysk, od białego lotniska ku leśniczówce pachnącej razowym chlebem pieczonym na żywicznych szczapach.
Odpoczynek; wierzchem; — spód bardzo rozdygotany i pełen niepewności i tego niepokoju, który poprzedza wybuch lub zimny chłód nadchodzącej ostateczności. Bo, że do lipca to wytrzyma — najdłużej! — to pewne! I wtedy pójdzie ostatnia rozgrywka — wielka walka frontów — na tym skwar-