Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/379

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


później
Tak już pachnie w mym pokoju twoją obecnością — moje ty oczekiwanie, na które uważam, aby mi w całości zostało, aby nigdy nie prysło, by zawsze tak świeże i tak krągłe było jak kropla rosy porannej: cały świat! — — Tak tobą wypełniona jestem, że niema luki w tym świetle na żaden cień zmierzchu.

poniedziałek (tak mówią!)
I nic to — powiadam i twierdzę! — że w tym dniu wiosennym i kwietniowym deszcz pada i pada — i zimno i mokro — nie ima mnie się ta wilgoć, ani nie wzruszają spłakania chmurne; — w dniu mego wniebowzięcia nic co smutne i smętne niema do mnie dostępu! Obwarowana jestem murem miłości; apoteoza życia i nieśmiertelności.
A ty deszczu niemiły, przestań się szastać, zastanów twój bryzg, usuń się na bok, — w szpalerze stać muszą (i chcą!) gwiazdy z półukrytym księżycem na czele! — Zbierz twe szatki-manatki-chmury i: — powiem ci po naszemu: odwal się! — Czy ty to rozumiesz? — przyjeżdża wielki dygnitarz: poeta!
Ale ten deszczyk to świnka — przekorny, niegrzeczny, krnąbrny. No, czekaj ty, czekaj! — — Zmienię się (to tak łatwo!) w dziecko paroletnie; dzieciom wszystko łaskawsze. I teraz: — entliczki, pentliczki, zielone stoliczki — ; —: trawko moja spłakana, sprana niemiłosiernie dwudniowym, nieproszonym deszczem, otrząś się! Cyr przybywa! — listeczki