Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i w odmiennym autentyzmie — dookoła i zawsząd, z góry i z dołu — wir, istnienie w samym jądrze huraganu, na dnie potwornego, huczącego spadzistymi ścianami leja, wokół którego opętany skręt liści, kamieni, drzew, domów, tysięcy przedmiotów, szat, twarzy i postaci, których ani rozpoznać, ani zatrzymać nie sposób; — istnieje tylko, czuwającym dostępny zmysłom, ten uchwyt nie mogących rozpaść się zwłok w mumijnym spowiciu zupiorzałej świadomości; rozchylone w nich usta pełne pokus i pobłyskujące szkliwo równych drobnych zębów promieniujących, magicznych czadem zmysłowym; — i istnieje — o grozo! — to już zgoła zbawcze i ratownicze, transparentowe wołanie muzy — jej krok — jej takt — marsylianka — hymn międzynarodowy — Maura; — i jeszcze: makabryczny nonsens walki o zmarłą, jak gdyby żyła, jakby żywa mieszkała wśród żywych — ona, ta jedna i jedyna, z którą zerwać nie można! nigdy! jest jak dziecko w łonie matki, można ją tylko porodzić; lecz ciąża zwłok... Wreszcie — i już najważniejsze w tej chwili konsekwencje jawnej deklaracji po stronie wielkiego frontu pracy; — rzucenie na szalę nazwiska? — drobiazg; talentu? — drobiazg; pracy? — drobiazg; — lecz wiary, ostatniej już tym razem wiary życia! — I temu samopowołaniu siebie sprzeciwić się nie można; nie wolno zawieść! nie wolno!! — Musi być dana jedyna racja wszelkiej idei: zwycięstwo! — Iżby nie powtórzyły się krwawe dzieje ziemi poraź drugi. Iżby nie powtórzyło się życie Cyprjana Fałna, rozumiecie mnie, towarzysze, rozumiecie mnie, poeci?