Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gali wzajemne usterki, śmiesznostki, wady, ujemności i ułomności psychiczne i fizyczne (to najgorzej!).
Możność porozumienia malała do zera, ba opadła jeszcze niżej: w wzmagający się chłód nieporozumienia. Gdybyż obojętność! — Lecz pożycie, (jakieby tam nie było!) skreśliło wszelką możliwość wytchnienia.
Więc po tym wszystkim teraz (naturalnie!) te słowa: nigdy mnie nie kochałeś, i, nigdy mnie nie kochałaś — były po prostu znakiem pisarskm ich rozmów, dwukropkiem.
I te bezradne i bezładne wymówki! spychania na siebie odpowiedzialności za istniejący stan rzeczy nieszczęsny! —, że on to, a ona tamto! a pamiętasz, jakeś... sprawy niegodne pomyślenia ludzkiego!
— wtedy, gdy się jeszcze modliłam, błagałam na klęczkach, żeby się byczek sprzedał, żeby bóg dał pogodę na żniwa, żeby było co jeść —
I to była prawda, to też była prawda! Po obu stronach była prawda; i to w pośrodku też było prawdą, mianowicie, że te dwie prawdy były z sobą w niezgodzie. I ta była ważna prawda, że Wisia cierpiała, i ta druga ważna, że poczucie tragizmu Cyprjana, narastające w tej makabrycznej i posępnej atmosferze było druzgocące i po równo rozdzielone pomiędzy tą umarłą i tą żywą. — Tak więc „prawdy“ stały się szprychami koła tortur. Ponad jego obrotem i trzeszczeniem, ponad okapem ciężkich, czarnych kropel krwi unosiła się krzywda, jedyny miernik współżycia ludzkiego.
Czy w tych warunkach mógł Cyprjan pracować? wydatnie i ważnie? — Musiał więc mógł.