Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mała jakiś list — na podłodze jeszcze kilka porozrzucanych listów — — pismo drobne, znane — to listy Mili! — skąd? jak?! — przypomniał nagle, że niektóre, najdroższe mu, miał w sekretarzyku, w szufladzie niezamkniętej —
— więc to te, więc te, więc znalazła je — —
— czemuś to zrobił! czemuś to zrobił! —
Poco pytać. Wiadomo już — —
A Wisia powtarza wciąż i patrzy na niego szeroko, pełna przerażenia i lęku —:
— czemuś to zrobił — czemuś to zrobił —
A ta co te listy, tak szczodre i rwące pisała — już nie żyje!
I możnaby to powiedzieć; powiedzieć: przecież ona już nie żyje!! — Słyszysz? — — Lecz nie powie; — teraz przecież bluzgną słowa straszne — — niechże spadną na tamtą żywą, która się chociaż tym życiem domniemanym bronić zdoła; a tej, tej — niech nie dotkną!
W tej chwili trwoga wstrząsnęła Cyprjanem, jak nagły wichr drzewem — — czy Wisia nie dojrzy, czy już nie widzi tych bledziutkich, wąskich zwłok pochowanych w nim? może pionowy trup w nim, szklanym, siniejący — zaświeci nagłym próchnem?— — może, Wisia, zamiast do niego, do niej tu martwo truchlejącej, mówić i wygrażać i pomstować pocznie — ? —
— pocoś to zrobił? — poco — poco — poco —
Pozbierał rozrzucone listy, i ten jeden z rąk jej wyjął, wygładził machinalnie; były zmięte.
— Wisia — czemużeś ty —