Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wdzięku, dobrego, niewieściego, ludzkiego wdzięku — — i jeszcze leży tam jeden przedmiot, obcy i zły: szklana tulejka: weronal; pusta . . . . . . . . i list; i już nic więcej — nigdy — nic — nigdy —
Nazawsze! — Nieogarniona straszliwość — trwanie tej chwili poza czasem, poza przestrzenią; — — Milo, jedyna Milo moja! — — Gładzi jej zimne ręce; — i już nigdy nie będą ciepłe.
Nigdy!!
Siedzi zmartwiały, nakiwuje się i szepce słowa pełne miłości i żałości ostatniej; siedzi przy niej — ileż razy tak; czytał, mówił; niegdyś! — — powtarza jej imię — Mila — Mila — Mila — — i te jej końcowe słowa dzienniczka: — a trzeba mi się śpieszyć — a trzeba mi się śpieszyć, śpieszyć, śpieszyć — — —
No tak — pośpieszyłaś się bardzo — — —
W drugim pokoju szlochają rozpaczliwie dzieci. Przez chełkanie i strugi łez wydobywa się na wierzch słowo mokre i słone — mamo — mamo — — żałosne, bezcelowe wołanie —
Któż im sukienki wyceruje i wyczyści, kto im śniadanie — kto je do szkoły wyprawi — kto wszystko — —
I kto za nimi patrzyć będzie z twarzą przylepioną do szyby, aż znikną w perspektywie ulicy — —
Nie ty dobra i piękna, nie ty, Milo, nie ty — —
I ja tą ulicą odejść muszę — lecz już to okno będzie ślepe i obojętne jak sama śmierć.
I już nigdy!
I tylko ten sklep-klinika lalek —
Wreszcie i on, gdy już niczego nie będzie potrzeba — nigdy —