Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziennie nachodziły go ataki bólu deprymujące; w sumie: warunki opaczne i niesprzyjające współżyciu.
Do szpitala nie przychodziła; wiadomo: Wisia.
Napisała dwa razy. Odpisał.
Potem milczenie.
Przez cały czas to samo, nędzne i pokraczne: wiedział, że wiedziała wszystko, lecz nie przyznawał się przed sobą, że wie.
No tak; w szpitalu, w pełnym sezonie choroby, wolno mu było nie wiedzieć; — ale dziś?...
Nadeszło to dziś; właśnie dziś nadeszło.
Już wszystko spakowane.
Z Wisia umówili się, że spotkanie w hotelu; a tam już auto będzie; żeby tylko nie koleją; wstrząsy; tego trzeba unikać; i tak po tej libacji z lekarzami wzmogła się kwasota; — więc regularnie pół godziny przed i pół godziny po posiłkach: alukol. I tak dalej.
I właśnie dziś: rozprężenie i niepokój; niepokój urastający w panikę; jak cień czarnej, bezwzględnej wieży.
Przez okna wsypuje się przesiana przez gęstą noc pierwsza szufla ościstego dnia. Ciasno i duszno; piwnicznie.
I ten lęk.
Cyprjan zerwał się z łóżka.
— natychmiast — ? —
— przecież wcale jeszcze nie trzeba! —
— bo ten alarm! —
Tak, tak; lepiej wcześniej; prędko; jak najprędzej; serce wali jak w gorączce; oszalałe; —