Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyszczerbiony mur — za nim długie, płaskie dachy papowe; jakaś wymarła fabryka.
A to będzie ten czwarty dom na lewo — tak, to ta brama, bo przecież Nr. 41b — więc ta. W podłuż bramy mur — jak karty w marniku — oblepiony tabliczkami — przeważnie czarne ze złotymi napisami; są i białe emaliowane, wtedy litery są niebieskie lub zielone; — inżynier — adwokat — związek — związek — zarząd główny — lekarz, lekarz — doktór... O, jest! — to ten. Wszystko więc w porządku.
Wrócili jeszcze na chwilę pod ten mur — niby z potrzebą, tyle się przecież piło; przeważa jednak zamaskowana chęć zwłoki; — zresztą są takie miejsca uprzywilejowane do szczania; same się wpraszają.

A tam u doktora właśnie zabierano się do tego. Na kuchence gazowej syczało i bulgotało; owalne, blaszane naczynie; mogłoby być na puding; gotowały się w nim te przyrządy ze snu inkwizytora; gotowały się jak parówki.
Pokój, ostatni w szeregu mętnych, brudnym światłem zalanych pokoi — mały, pokątny, zakonspirowany. Podłoga z desek nierównych (— to była niezawodnie kiedyś kuchnia, i zlew jest —) wyższych przy sękach, wyżłobionych gdzie miękisz — brudna, zakurzona, pełna jakichś wstrętnych odpadków, papierów, waty pokrwawionej. W kącie szezląg nakryty płatem poplamionej ceraty koloru zgniłej cytryny; kubeł; spluwaczka; oszklona szafka: flaszeczki, słoiki, lekarstwa, kilka niklowych narzędzi chirurgicznych, pudełko z gilz, w nim tytoń; no tak; taki pokój; — i ten, przy brudno-czekoladowym piecu ka-