Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I znów taka połać z mieszkaniami jaskiniowców.
Zachodzili tam nieraz Cyprjan i Julek, w sam środek nędzy świata, w głód, w zaduch, w śmierć, w gruźlicę, w mróz lśniący na ścianach — tam mieli najlepszych i najgroźniejszych przyjaciół; tam też była ich ostateczna szkoła wiedzy społecznej — stamtąd też wynieśli najgłębsze człowieczeństwo, to po%
ruszenie i wstrząs ponad wszystko ważny, najcenniejszy; — i nic się tu nie da przysuć i zasypać mąką, cukrem, słoniną, ziemniakami i węglem; — ponad tymi koniecznościami płonie pospólna decyzja. — Skupieni, twardzi, w sojuszu wiernym — wychodzili — i póki widać, trzymali się prosto, szli miarowo, bo tak trzeba; — lecz w oddaleniu, na zakrętach przedmieścia rozluźniało się w nich wszystko, przystawali przy murze, płocie czy drzewie i walili w tę imaginacyjną przeszkodę pięściami, do krwi — w bezsilnym uniesieniu rzucali w siebie grozą i poniewierką człowieka: — wiesz! — wiesz teraz?! — widziałeś? — wiesz! wiesz! — okropność!! — — W polu widzenia, ponad miastem wyłaniała się, nowa miedzią kryta, olbrzymia kopula budującej się,, zarozumiałej katedry i pełnego pychy wybrzuszającego się pałacu, — pałac olbrzymi, przepychem dorównujący wielkości słów, z których powstał, —: rozdaj wszystko co masz i chodź za mną — — dookoła gmachy reprezentacyjne, bloki olbrzymie, i znów wieże kościołów ścięte i strzeliste — ; budowniczowie zacni i szlachetni, łaskawość wasza daje pracę bezrobotnym; nie wszystkim; ale zawsze; dobre i to; wszystkiego nie da się naraz zrobić; — natural-