Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prawowitemu rządowi, źle czy dobrze, tak było — przelatywał codziennie nad Warszawą, woził instrukcje“, „i co?“ — „ostrzeliwano go często, lecz nic szkodliwego — co to były za dni dla mnie, co to były za dni! — uspokajał mnie, że przecież swój swego nie będzie mordował — tak trwało parę dni — aż raz — celny strzał! — spadł; spłonął żywcem — już tylko węgiel — ujrzałam nazajutrz — węgiel — zwinięty, pokurczony — strasznie musiał cierpieć!“ — łzy spływały po chudych policzkach wdowy, ciche, bez szlochu; zaplecione ręce na kolanach; — a ja ku tym łzom, nachylam się i zalęknionym szeptem: „— kto? —, czyj strzał?“ — — Powiedziała nazwisko. Zresztą było w gazetach o tym bohaterskim wyczynie! — ... to była wdowa po pilocie, którego zestrzelił mój mąż. Wyjechałam tego samego dnia. Znienawidzone nazwisko! — biedne dzieci moje...
I tak tym obuchem; raz po razie! —
Mila mówiła dalej: — pamiętam...
(— i wszystko poza czarną zasłoną — jedynie skądś z góry pada smuga żółtego światła wirująca pyłkami i dymem ciągliwym —)
(„pamiętam“ — zawsze żyje przeszłością, wspomnieniami, datami — — jakże inaczej niż pani Ho, która wykreśla przeszłość z pamięci — i przyszłością tylko żyje; — oto rzekła: gdy trzeba było wyjeżdżać z Kijowa — opuścić dom — zostawić wszystko, z takim trudem, praca wielką zdobyte — stanęłam w drzwiach, spojrzałam dookoła i jakby coś pękło w sercu — odeszłam nie spojrzawszy za siebie — nie istniało, przestało istnieć — od jutra zaczyna się