Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziu jak płaszcz — tu nie, tam nie — zaraz to ucieka, ucieka, ucieka — — no więc ani kropli teraz; nie; przerwa; nie kuś, nie namawiaj; nie ma mowy!
— jeden łyk, wiadomo, zwali i załamie —
(— a przecież muszę wytrzeźwieć, bo...)
ale to przejdzie za, za — no, jeszcze pół godziny; — wtedy można na nowo.
Julek jest bardzo śmieszny; zmazało mu oczy z twarzy, jak kredę_ z tablicy; zaszły bielmem porosły skórą — no i nie ma oczu; szkoda oczu — gdzie masz Julek oczy? — co? — są! — tylko tak... Naogół dobrze się trzyma; zdjął marynarkę, odpiął kołnierzyk, założył obręb rozchełstanej koszuli do środka — i tak paraduje trójkątnym wycięciem owłosionym, jak młodzi robociarze.
(— okno nad głęboką studnią podwórzową — robotnik młody — stukot młotka jak znaki telegraficzne — —.
. — — . . — ; dawno —)
Janeczka pochlipuje cichutko, taka wstawiona; bledziutka jak gazetowy papier. Zawsze jest blada — więc pod wieczorną — teraz już nocną popijawę, żeby żółto w świetle lamp nie wyglądać — namalowała sobie rumieńczyki; ale lada jako niedbale to zrobiła; jeden rumieniec wyżej od oka ku uchu — drugi niżej i prawowicie, na policzku, tak jak ma być. Że też malarka... Teraz w popółnocnej zawierusze zostały z tych rumieńców, jak ślady po roztopie, nieregularne resztki plam niezdecydowanego koloru; confetti.
Jest jeszcze, od paru godzin siedzi tu z nimi, stary aktor Rustan; wnuk, bardzo proszę, mówi, po-