Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ewentualnie żłopnę czarną. — Janka obojętna na kiełbaski, piwo i czarny, anemiczna, bo co to za jadłem się obywali!, zmęczona nocną łazęgą, blada jak śledź wymokły, zostawała u Cyprjana; kładła się na otomanę; tedy otulał ją pieczołowicie pledem, a na nogi jeszcze płaszcz, żeby ciepło; gładził po włosach i dobranoc! Zasypiali, pomrukując neurastenicznie. Spali dobrze. Budzili się weseli i uśmiechali się do siebie. Janka stwierdzała przedsiębiorczo: zjadłabym co. No to warzył herbatę, skoczył po bułki do piekarni; razem jedli śniadanie, gadając przy tym bez przerwy. — Mówili do siebie po imieniu: Cyprjanie, niech no pan to, a to, słuchajcie co wam powiem; Janeczko, kochanie, co też pani, jak możecie — i t. p.
Tak to było.

Teraz o tej godzinie trzeciej po południu — wyssani dokumentnie sześcioma godzinami termitowych udręk teatralnych — szli ulicą gwarną, Cyprjan i Julek, opieszale i leniwie; robotnicy po szychcie; tak szli zmęczeni, niezgrabni; potrącali copochwila przechodniów.
Julek był jeszcze poza tym zaaferowany; zbliżał się okres giełdy aktorskiej — decyzji i możności angażowania.
Okrutna giełda.
Niema niczego bardziej wstrętnego; chyba asenterunek. Aż dziw, że w instytucji poświęconej (rzekomo) sztuce, takie świństwa się wyczyniają. O pracę idzie, o chleb, o zarobek, o ambicję. Wiedzą o tym dyrektorzy; i, jacyby nie byli, przybierają teraz fumy, fochy i fanaberie kapitalistycznych chlebodawców;