Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znów list — do niej — bolesny, brutalny.
Tak do świtu.
Nad ranem list do Wisi. Dobrej w tej chwili i łagodnej Wisi; oazy; wytchnienia; — jak przychylna ojcowska komnata — ta myśl o niej kojąca; melancholijna nieco — lecz wygodna, dogodna — zbolały organizm wypoczywa jak w miękkim futerale; bezpiecznie.
Wisia!
— — —
W tej chwili pokój szpitalny przepołowił się — odpadł szpital i połowa ścian — więc już nie pokój, a, zwyczajnie, platforma, taki wagon, półwagon towarowy. Z chrzęstem i łopotliwym rechotem grubych drutów (— cicho! żeby nie zbudzić szpitalnych towarzyszy! —) przestawiła zwrotnica wszystko jak należy; — długi, wąski szlak szyn — po równinie dalekiej biegną lśniąco — przy widnokręgu rozległym, który zbliża się z błyskawiczną szybkością jak ziemia podczas lądowania — biały, duży dom stacyjny — dom stacyjny — stacja — napis: Maura — — Cóż to za miejscowość taka! — taka właśnie stacja; — tak się nazywa; — więc i to jeszcze? więc i to? — Zahamować! pędzący wagon! — nie teraz jechać, nie teraz — dziś nie i jutro nie, i pojutrze jeszcze nie!! — Później — później! — — Wobec tego zawiera się wagon sufitem i półścianami jak wiekiem; i znów seperatka szpitalna, pełna teraz niepokoju przerwanej jazdy.
A wtedy — przyjechała Mila do jego miasta.
Zatelegrafowała.
Był na stacji.