Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stosunki nasze w tych dniach ostatnich były oficjalno-uprzejme (widywaliśmy się zresztą na szczęście, rzadko — wpadał przeważnie tylko na chwilę na obiad, autem, które czekało na niego) — ograniczały się więc zwykle tylko do „dzień dobry“ i „do widzenia“ — poza tym jedynie zapytania w rodzaju „Czy nalać jeszcze herbaty?“ (— moje —) lub „czy było co z poczty?“ (jego). Manewrowałam tak zwykle, byśmy sobie nie musieli podawać ręki, co mi fizyczną przykrość sprawiało. — Miał mi nawet pomódz przy pakowaniu rzeczy... w rezultacie jednak nie zrobił tego, pakowałam sama, z pomocą ordynansa tylko; mocno się tym wszystkim umęczyłam. — Gdy wreszcie wyjechałam — rodzice przerazili się mego wyglądu i postanowiono mnie wysłać samą na kurację — zrazu do sanatorium, ale okazało się, że na to niema. Wówczas ja zaproponowałam... nie mówiąc nikomu dlaczego. Byłam zresztą przekonana, że ojciec, mający przecież wciąż stosunki z literaturą, skombinuje coś — wspomni o Mym Poecie. Tymczasem nic. Uwierzyli, że tylko i jedynie chcę poznać tę część Polski, której nie znam jeszcze, i że nęci mnie samotność i to, że w tym, może jedynym zakątku — właśnie nie mam nikogo znajomego. Jednym słowem „bujnąwszy“ trochę mą najdroższą rodzinkę znalazłam się pewnego dnia na małej prowincjonalnej stacyjce — i poszłam sobie od niej — prosta, nikogo o drogę nie pytając — jakbym się tu urodziła i wychowała. Szłam tą drogą sławną „mającą szczęście do poetów“ — wiedziona jakimś instynktem. Minąwszy „zatopione karczmisko“ weszłam w las