Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Znałam go dwa dni; — zdaje mi się, że kochałam go. — Bo inaczej, gdy dziś myślę o tym, nie umiałabym sobie wytłumaczyć mego zamachu samobójczego po wywiezieniu Romka; tak, to był Romek, wspaniale zapowiadający się poeta; ukazał się jego tomik poezji — ale już jako pogrobowiec. — Zachorowałam wówczas ciężko na tyfus, którym się zaraziłam umyślnie. Leżałam w żydowskim domku, na kwaterze, opuszczona przez wszystkich jako zadżumiona.
Mimo wielkiej gorączki byłam prawie ciągle przytomna i pamiętam jak się bał mnie księżulo, który przyszedł dać mi komunię, a potem namaścić olejami.
Byłam pewna, że pójdę na ten cmentarz korecki, na którym już mnie czekało tylu naszych.
Jedyna istota ludzka, która czasem coś przy mnie wtedy zrobiła to była Masza, łachman ludzki, przez wszystkich pogardzany, żydowska prostytutka. Nie wiem czemu się nie bała, może i ona chciała dostać tyfusu? —
Ale wyzdrowiałam jakoś — równocześnie doszła mnie wiadomość o śmierci Romka w Zamościu. — —
A te pierwsze miesiące po wojnie były dla rodziny mojej dużo straszniejsze niż wojenne lata.

Dalej piszę już przy świetle dziennym.
W rok potem, na jesień zaręczyłam się z Marcelim, który mnie, jak twierdził, kochał od kilku lat. Przypuszczalnie nie kłamał. Tylko, który to był z rodzajów „miłości“? Dworek rodziców z pięknym,