Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak — tam!
A tu — blisko — nieomal na wyciągu ręki — — zcichł nagle pisklęcy świegot pośród róż; wiewiórki przycupnęły do pnia, nastawiły uszy i ogon, zacumkały gniewnie i przytuliły się mocniej do konaru; turkawki odleciały trzepotliwie i spłoszenie w stronę martwego lasu —
Nagły stuk!
Głośnik obsunął się wzdłuż ściany — spadł i roztrzaskał się na drobne szczerby —
Z poza niewidocznych skał zrywa się, jak stado przerażonych orłów, szum spadających w otchłań wód —
Przez chwilę: pożar i szum —
I nic więcej —

Powoli płowieją płomienie i szum oddala się poza widnokrąg —
Przez liście jesionów i leszczyn przedzierają się pierwsze promienie dnia — potrącają gałęzie, opadają na szuwar i sitowie odbijające się w stawie — drżą trzciny i ostrza liści — jakby dalekie echo panowej fletni — siedmiopiszczałkowej sirinks —
Sirinks!

Cyprjan rozwarł oczy; przesunął dłonią po czole — było zimne i mokre.
Odwrócił pierwszą kartkę; „tylko dla siebie“; począł czytać:

17 lipca 1933 r.
I oto jestem tu. Poco? Dlaczego? — Co mnie tutaj przygnało? — Czyżby ta niezerwana nikła (nie-