Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ment powie zdyszanie —: niech pani wyjdzie, ja... niech pani natychmiast... i, że nawet tego nie powie, tylko raptownie zachrypi... było w nim nagłe, natchnione niepohamowanie śmiertelnej, bezzwłocznej jurności... nieomal słychać było szelest krwi w suchych żyłach — zachodzące płomienie nakazywały —:— kładź się! rozwal się — twej zdrowej, rozległej daj... jest jak ziemia, którą opuszczam, którą już lotem mijam — raz jeszcze...! A ona stała nad nim, wielka, olbrzymie cycki opadały na wystający brzuch — pod boki wsparta — — po chwili rzekła ku tym pożerającym ją oczom: — „cóz sie tak patrzys? zjeś byś mie kcioł? — ej, dałabym ci siekiere do gorści, żebyś som z sobą prędzy skońcył, umarloku“. — Wyszła. Ognie w oczach Wyspianskiego przygasły; zda się jeszcze zmalał; woskowy, mały, brzydki trupek. — Długa cisza; szelest palców drżących na pierzynie; zegar tykał, mosiężne wahadło lśniło iskierką światła; za oknem ćwierkały wróble. — Po śmiertelnie bladej twarzy spłynęła łza; wraz z nią słowa: „pani droga, tu pod czaszką jest straszno, to piekło — — wyjmijcie mi mózg!“ — —
— najtragiczniejszy poeta —
— niech nikt nad grobem mi nic płacze, krom jednej mojej żony —
— no tak —
Schodzili schodkami z wirydarza wawelskiego ku bramie.
Niebo nad miastem Wyspiańskiego rozpłonęło jasną łuną; zapadała noc.

Mieszkała w hotelu.