Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wym potem i źrałą kobiecością. — Radowała się jego smakiem na nią.
Obrała pomarańczę, wzięła kawałek do ust i karmiła go wśród ociekających sokiem pocałunków — resztę miazgi wycisnęła na siebie — ciało już stało się słodkie i pachnące.
Więc już całował ją całą.
Począł zrzucać z siebie ubranie — pomagała mu zręcznie — ułożyła go w łóżku.
— a teraz nic się nic ruszać — ja wszystko sama — Dorcia jest sławna z tego, że tak to umie, jak żadna — ty sobie leż spokojnie — a jak ci dobrze będzie krzycz, skucz i wyj — — ja to lubię, mnie to podnieca i robię jeszcze lepiej aż mi samej zrobi się, wiesz? —
Tak. Dora umiała dawać rozkosz z samego dna trzewi, z głębi żył i mózgu, rozkosz obłędną, kapłańską. Szaleńcza i zarazem hieratyczna ofiara u stóp Dionizosa.
Było pełno, radośnie, odprężająco. Zjawisko przyrodnicze o najwyższym natężeniu.
Uraz wielu nużących godzin zrodzony w owej nocnej ślimaczej chwili — odpadł, szaleństwa i głupstwa nocy i dnia były — przecież to teraz jasne! — wyzwalaniem się; lecz wyzwoleniem była ta służka ciała, bachantka Dora.
Wyszedł od niej o szarym świtaniu. Kazała sobie raz jeszcze powtórzyć, że było „bardzo dobrze“ —
— pa, kochanku, słodki, pamiętaj, że byłeś u Dory, która jest nauczycielką i postrachem głupich żon i durnych panien na wydaniu — powinny mnie angażować na profesorską gażę —