Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mość przejmuje w siebie jej falowanie, że jest oto: człowiek, cząstka ziemi ożywionej na moment mały, że szuka sposobów barwnych i dźwięcznych, aby w krótkim istnieniu swą planetarność w świetle bliższych i dalszych gwiazd wyśpiewać i zajść za pieśń swą i znów z ziemią się złączyć na pokarm dla drzew i ziół —: zakwitnąć wiosną, a pszczoły zbiorą z kwiatów słodycz ziemi, zbiorą pył kwietny: plemnikową tajemnicę wiecznego życia.
Urlop był krótki, trzydniowy; trzeba wracać. Przez te dni unikał pani Kle; — przed dniem wyjazdu późnym wieczorem mijał cieniem alei akacjowej stary lamus; w oplocie suchych sznurów dzikiego wina — był smutny i opuszczony. Pani Kle stała na werandzie ręką oparta o filar, posąg zastygłej rozpaczy; posiwiała znacznie; zaczęła już budzić szacunek; to jest moment śmierci dla kobiety
— murzyniątko mnie nawet nie odwiedzi — ? —
(aż nim otrząsło, gdy to nazwanie zasłyszał; tak było dalekie; zapomniał już)
— znużony byłem, urlop krótki, jadę już jutro o świcie wstąp choć na chwilę, z córkami się przywitaj, Krysia się często pyta o pana Cyprjana, Genia nie, mruk z niej —
W pokoju przy lampie naftowej nisko nad stolem zwisającej, uczyły się dwie panienki. Krysia wyrosła i wyładniała, Genia nalana i żółta, raczej zbrzydła, rękę miała zimną i wilgotną.
Pogadał chwilę; pożegnał się. Pani Kle odprowadziła go na werandę.
— kiedy znów przyjedziesz? —