Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


da; nawet się znudzi zapewniać ciągle, że naprawdę i, że się nie żartuje. Sporo też Mickiewiczów; to już poważniejsza afera; — ale znów Tabaćkiewicz, Koziebrodzki, Polskadroga, Białapani, ten to na imię miał Abraham (jak Lincoln), a potem roje Komarów i masę Żab; miszmasz; — a co kilkanaście zdań, jeśli ktoś czymś niesympatyczny to „żulik“. — A gdy ktoś wieczorem n. p. ten Tabaczkiewicz (Leonard) zaszedł i przyłasił się o kieliszek gorzałki (deputatowy spirytus) to:
— perswaduję w ręce pańskie —
— bynajmniej —
To było zdumiewające; i to miało specyficzny dźwięk.
Podczas nadciągającej burzy — pierwszej, rozpromienionej burzy wiosennej, uklęknął nagle Cyprjan przy szezlongu (pomyślał: „znów głupstwo! i poco ja to robię? cóż za idiotyzm!“) — Irka jak zwykle leżała i jak zwykle w białej sukni — począł obcałowywać jej ręce i — ku wargom! ciągnęły tą nieforemną asymetrycznością, a ona: „nie wolno!“;— wycałowali się gorąco i długo; w szczelinę przerw wbijała klinik szeptu: „nie wolno“. Więc znów się całowali. Taki był początek. Odtąd nazywało się „nie wolno“ lub „burza idzie“ — ; — no i co? i na co? — bez sensu i bez celu i wbrew rozsądkowi; wszystko w niej byłp mu obce; same przeciwieństwa; antypatyczne wszystkie; bo i ta jej kresowa, rozrzutna ojczyźnianość, i uwielbienie Rosji carskiej, pyszałkowaty arystokratyzm, pogarda dla chłopów, to był motłoch, to było bydło, to były „hady“; —