Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dlatego nie wolno nam teraz mieć naszego własnego, właściuteńkiego, najdroższego, najjedyńszego synka, którego ja tak strasznie mieć pragnę.
O Boże, jakżebym go kochała! Jakżebym ich obu kochała! Ana za to, że jest ojcem tego synka, najdroższego, syneczka za to, że jest Ana mego najdroższego synkiem!
Wybacz mi An; puste mam ręce, nie mam nic!— z jakim więc dobrem do Ciebie przyjdę! — An! —

Więc smutno! — a tym beznadziejniej, że wyczuwa to w sensie mijania, w dokonaniu nieodwołalności — sama zaś postać, sprawa Mili jest na tym planie — nie dalszym lecz bocznym raczej — na którym jest może aż, może aż dyzgust zwłaszcza spowodu tego „on mnie“, „ja jego“ i tego (najgorsze zapewne!): „najsłodszym imieniem Męża“ (— zważ Cyprjanie, cyniku, oto napisano je, to słowo, przez duże „M“ —); — a przecież, jakże ją kochałem! — i nic tu ten czas przeszły nie znaczy, nie jest niczym, formą tylko gramatyczną — bo kocham nieustannie poprzez wszelki czas i wszelkie zdarzenia — wszystkie motory olbrzymiej machiny życia, wieczyście czynnej fizyki istnienia w tym nieugiętym przeświadczeniu, że jedne są prawa myśli, współżycia, ładu społecznego, jedne i te same, które odczytujemy z warstw geologicznych i z ekliptyk gwiazd. Lecz ty i ty i ty — wy pytacie o co innego, o tęsknotę pytacie; to uczucie jest dla was decydujące; — dla mnie ważniejszy tu obraz nowej podróży: wypoczynku i przygód; morza i lądy, których nie znam; — zielone wyspy i pustynie żółte; oazy, palmy wysokie