Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drewniany akt młodej dziewczyny stojącej na postumencie empirowym pomiędzy oknami; z cichym szelestem zsypywała się zwiewna pastel z obrazów Wyczółkowskiego.
Uczestnicy konferencji siedzieli bladzi i drżący — źrenice zaszły im za powieki; martwymi białkami ujrzeli szczytny finał rządów, państw i narodów. — —

Takie milieu — tu, milieu, uważacie, ministerialne, urzędowe więc, wysokourzędowe; a drugie maleńkie, prywatne — w pensjonacie przy ulicy Osobnej u tej zabawnej nieco pani Schoenowej, wypłowiałej widminy z ostrym, długim, węszącym powszędy nosem, na którym pobłyskują ruchliwe szkła bez oprawy, nie okulary bynajmniej, „ćwiker“ — za nim dalekie, małe, pogubione oczka; i tak w ogóle i w szczególe cała do niczego; aniby człowiekowi na myśl nie przyszło; ech; a tu dowiadujesz się, że trzech braci Schoenów kochało się w niej; i to jaki — proszę: za najstarszego wyszła — umarł; zwyczajnie; troje po nim dziatek, niewinnych; za drugiego — pomarł; czworo dzieci; już mamy razem siedem; szczęśliwa liczba; — wraca z wojny trzeci, najmłodszy — spojrzał, westchnął i — buch przed nią na kolana: kocham cię od dziecka; tak powiada; — wzruszona do samej głębi — wyszła za niego; będzie temu teraz pół roku; z wysokim już chodzi brzuszkiem; — ułan to jest ten trzeci najmłodszy pan Schoen, o niskim, zarosłym czole i wyszczerzonych, nigdy wargami nie pokrytych, rozstawnych zębach, pod sumiastym, sarmackim wąsem — ot i zęby naprzód jak strzecha — nie domkną się wargi nigdy;