Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztownie i wdzięcznie. Żył w szczęśliwym, lekko zastraszonym sojuszu z którąś tam z rzędu żoną — piękną, chłodną, nieco groźną damą ukoronowaną bujną, pszenną fryzurą. Poza tym cierpiał na chroniczną obstrukcję; narzekał też na nią często; zrozumiałe. Zaraz też po przejrzeniu dość niecierpliwym gazet, zapożyczonych z wydziału prasowego — znikał na godzinę i dwie w ministerialnej wygódce. Z początku przeszkadzano mu zbyt natarczywie niedelikatnym domaganiem się wpuszczenia — później zorientowali się wszyscy i szanowali to przyzwyczajenie podyktowane koniecznością. Po wielu kwadransach osamotnienia (p. minister był łaskaw często żartować, że ten p. „naczelnik umie przysiedzieć fałdów“; „spisuje się mi muzyka“; — nie używał słowa: „wydział“, lecz zawsze patrofamilijnie: „moja muzyka“, „moja literatura“, „moja plastyka“ i t. d.) — wychodził p. naczelnik rozradowany i promieniejący — a zawsze z jakimś nowym pomysłem kompozycyjnym; nie lubił czasu marnować. Czasem słyszano nucenie i pogwizdywanie zpoza drzwi ubikacyjki — wtedy cichli wszyscy i porozumiewali się wzrokiem, w którym było zadowolenie i poczucie dumy: „komponuje“! — Co łatwiejsze i żywsze kompozycje przyjmowały się rychło na sali ministerialnej — kolportowane i wćwiczane przez referentów muzyki, więc z dużą fachowością; to wzbudzało ufność. — Przez kilka pięknych zimowych miesięcy — gdy wiatr za oknami śmieje się, huczy zadymka i zawierucha, płaty śniegu zabielają wysoko okna porosłe lodowymi paprociami, palmami i fantastycznymi wodorostami, a przechodnie szybko