Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i tak z wagonami klapa, skąd brać? — a nikt tak inwentarza nie niszczy, inwentarza resortu kolei, jak cyrkowcy. Nic posiadał subtelnego daru rozróżniania; zbyt widocznie mieszał teatr z cyrkiem, czym niewątpliwie krzywdził cyrk; nie zdawał sobie z tego sprawy; więc należy mu wybaczyć — niemniej rzecz to przykra; — p. minister s. i k. (sik) wygrał na całej linii — lecz posiedzenie rady ministrów opuszczał z dyzgustem; brak kultury bliźnich napełniał go melancholią.
Zaangażowano rychło poetę Mikołaja Srebrempisanego, naonczas recenzenta teatralnego jednego z pism warszawskich. Miejsca już w tej kawiarni nie było — więc zestawiono dwa biurka plecami do siebie — dwa wąskie, ad hoc zamówione biurka; przy nich spotkali się ci dwaj, koledzy przecież ongi z wyższych klas gimnazium parafii księdza Pyłka, sławnego z niepospolitej głupoty w całej Rzeczypospolitej. To łączy. Odtąd przez dwa lata siedzieli z sobą twarzą w twarz: Cyprjan i Mikołaj. Obaj nieśmiali — przezwyciężyli ten uraz w sobie: zaprzyjaźnili się; nieufność wzajemna stajała pod ciepłym tchnieniem uczucia; wspólny przybiurkowy, ministerialny los — też dopomógł. Teraz już o nudzie mowy nie było! — po przeczytaniu rannych gazet — przygwarzali, jak starzy krajanie, o poezji i polityce, co w ustach poetów na jedno wychodzi — trochę patrzyli w okno na żywy i ustawiczny ruch na Nowym Świecie — istotnie ruch był duży, bo zawsze w tym miejscu jest duży, są takie miejsca uprzywilejowane w miastach — ; — tak schodził szybko i mile czas do drugiego śniadania.