Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kościstej postawy, przybrał pseudonim wdzięczny, subtelny, niewieści; a może właśnie dlatego; kompleks rekompensaty; głebokie oczodoły skrywały żywe, płomienne, entuzjastyczne oczy koloru przyćmionej stali. Oczy te wypatrzyły spuściznę Norwida i Hoene-Wrońskiego — wypatrzyły bystro i skutecznie. Zbiorowe dzieła cbu tych autorów mają się ukazać w r. 1999 na zamknięcie XX wieku; wiek XXI obiecuje b. minister uczcić nowym odkryciem nowych sławnych poetów z t. zw. szkoły trojańskiej.
Lecz do rzeczy; p. minister zorganizował był biura na obraz i podobieństwo swej chimerycznej redakcji; to właściwie nie było żadne ministerstwo — to było coś więcej: to była filia przebrzmiałych kierunków, nurtów i prądów literacko-artystycznych. Zagadnienie nowego oblicza dziejów, patos nowej rzeczywistości, przyładzenie nowych dróg dla dźwięczących na widnokręgu kroków — nie! takimi głupstwami nie zaprzątano sobie głowy. Rozdzielano natomiast nagrody za poszczególne wiersze oryginalne i tłumaczone; organizowano dezorganizację i dezorganizowano wszelkie obiawy samoorganizacji ze skutkiem przeważnie dodatnim.
Miło było w tym lokalu; bo to był lokal; dawna kawiarnia na zbiegu ulicy Ordynackiej i Nowego Światu — pierwsze piętro — okna duże — szyby wystawowe — jasno, czysto, obszernie; zamiast stolików stały wprawdzie biurka (— całe ministerstwo zajmowało jedną długą salę z dwoma załomami — pozatem jeszcze osobno: biblioteka i gabinet ministra —) — dużo nawet tych biurek — piętnaście albo osiemnaście — ale to nie przeszka-