Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/395

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łapanie miejsca to tak jak załapanie posady; — łamały się często te ramiona i nogi, pękały głowy mniej twarde. Więc jęki, wrzaski, klęcia, bitki; zwierzęca walka o byt: o miejsce siedzące.
Przed dworcami permanentnie dyżurowało pogotowie ratunkowe.
Na stację przychodziło się na kilka godzin przed odejściem pociągu. Szukało się go na bocznicach oddalonych o kilometr i więcej od stacji. Stał tam ślepy i zimny, rojny niespokojnymi ludźmi, jak trup robactwem.
Silny, rosły bagażowy zarabiał wtedy wiele: narażał zdrowie i życie.
Cyprjan ugodził dnia poprzedniego takiego wielkoluda — więc miała Wisia miejsce siedzące w ustępie na klapie klozetowej; dobre i to — zachwalał olbrzym; w ciasnej tej ubikacji stało poza tym pięciu zazdrosnych pasażerów jak gawrony przypatrujące się z nienawiścią wronie obrabiającej kość.
Wisia zmęczona wielogodzinnym czekaniem i zdobywaniem miejsca zrozpaczona koniecznością powrotu w nieprzychylny dla niej, obcy i wrogi zakamarek świata, w tę przy warowaną samotność — była jak błędna; — nie mówiła nic; nie odpowiadała na pytania.
Olbrzymie oczy je] pływały poza szerokim opadem łez jak czarne gondole w ulewnym deszczu.
Prócz bagażu wiozła ciężką, ołowianą rozpacz.
Jeszcze ostatnie bieganiny — krzyki — odpadania lękliwszych od natłoczonych schodów — pożegnania i płacze — przecinania się tysiąca płaszczyzn