Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/394

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kie są o tobie myśli — lecz zawsze ciepłe i czule i z dotkliwym poczuciem pustki w tym miejscu, w którym żyłaś, pracowałaś i kochałaś wśród pisanek, wycinanek, haftów i pięknych naczyni, których deseń, ozdoby i szkliwo podziwiałaś mądrymi oczami i rozumiejącą ręką.
I tak się tylko mignęło jak odwrócona ilustracja na lśniącym papierze.
Miesiąc zleciał raz-dwa; Cyprjan uspokoił się znacznie.
(— i w tej chwili kojąco to działa —)
odetchnął, spogodniał.
Szkoda, że lak krótko! — lecz dłużej Wisia nie mogła; gospodarstwo, interesa, diabli wiedzą co.
I znów to najwstrętniejsze miejsce świata: dworzec, kasy, poczekalnie; zaduch, pośpiech, popychania, krzyki, gniewność, niecierpliwość.
Natłok potworny; mało wtedy było tych pociągów; kiepskie; klekoty; szyby powybijane, okna zabite deskami; brak oświetlenia, pasażerowie brali ze sobą świeczki w podróż; dewastacja, dewaluacja. Wyścig mętnych zarobków. Ludzie na zdyszanego doganiali interesa; chwytali je w biegu, w locie, pod kołami, na dachach wagonów, na stacjach, przy Stankach, zwrotnicach; w kościołach, bankach, fa« brykach, na przedmieściach, wsiach, w szczerym polu — wszędzie; taka firma wywozu drzewa, impregnowanego w lesie za żywa przeciwgnilnym zastrzykiem — zwała się „Kobra“; to symboli nazwa! — kobra! kobra! — wszystko i wszędzie: kobra!!
Do wagonów właziło się, zwyczajnie, oknami po nogach, ramionach i głowach ludzkich; za-